Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak


"Biała Księga". Jak "wystawiono" prezydenta!

Układ rządzący, co oczywiste, tematu katastrofy smoleńskiej się obawia. Czyżby powodem było nieczyste sumienie? Czyżby rządzący wiedzieli, że okoliczności tragedii mogą stać się dla nich dowodami w wielkim akcie oskarżenia? I to oskarżenia nie tylko politycznego czy moralnego, ale najzupełniej konkretnego.

Władza przyjęła więc taktykę odwlekania, mącenia, medialnych wrzutek i bezczelnych, jawnych kłamstw (niesławne „przekopywanie i przesiewanie ziemi na metr w głąb” minister Kopacz). Jak na razie może sobie gratulować – strategia okazała się skuteczna. Większość Polaków, jak wskazują choćby wyniki ostatnich wyborów, udało się w ten sposób zmęczyć i zniechęcić do poszukiwania prawdy.



Półtora roku bez efektów

Niektórzy, jak ostatnio prof. Krasnodębski, mają im to za złe. Czy słusznie? Zapewne można czuć rozgoryczenie, że ludzie dają sobą manipulować, zapominają o rozmiarach tragedii i jej konsekwencjach dla kraju i dla nich samych. Ale z drugiej strony można zrozumieć tych, którzy po ponad półtora roku robienia wody z mózgu przez media i władzę, nie mając wciąż jasnego wytłumaczenia sytuacji, czują się zagubieni i zniechęceni.

Nawet w środowiskach niedawno jeszcze aktywnych zapanowało zniechęcenie. Choćby w internecie. Dobrze, wręcz profesjonalnie prowadzone na kilku portalach śledztwa blogerskie doprowadziły tam do odkrycia wielu informacji i stworzenia ciekawych hipotez, zbliżających do wyjaśnienia katastrofy. Jednak ostatnio nowe analizy, zamieszczane już tylko przez najwytrwalszych blogierów, zdarzają się coraz rzadziej. Zmęczenie jest naturalne, bo ile można drążyć, poświęcając czas i energię, nie tylko bez instytucjonalnego wsparcia czy nawet zainteresowania z zewnątrz, ale wyraźnie wbrew niechętnemu wyjaśnianiu sprawy stanowisku władz. Z prokuraturą włącznie.

A przecież w niedawno opublikowanej „Białej Księdze”, przygotowanej przez jego sejmowy zespół Antoniego Macierewicza, znajdujemy informacje doprawdy sensacyjne. Takie, które pozwalają spojrzeć na przebieg wydarzeń 10 kwietnia zupełnie inaczej niż dotąd i jednoznacznie podważają wersję MAKu i Millera.

Serwisant z Moskwy

Jak wiadomo, TU154 został przez stronę polską odebrany w styczniu 2010 roku po trwającym 7 miesięcy remoncie generalnym. Remont ten wykonywany był w Rosji, co już samo w sobie urąga podstawowym zasadom bezpieczeństwa. Według wojskowych ekspertów lotniczych, z którymi rozmawialiśmy, w tak długim czasie można w samolocie, np. w jego oprogramowaniu „zainstalować dosłownie wszystko”.

Równie podejrzany jest fakt, ze po tak gruntownym remoncie, w ciągu zaledwie 3 miesięcy pozostałych do katastrofy, w TU154 często psuł się autopilot i blok sterowania. Czyli podzespoły mające decydujący wpływ na bezpieczeństwo w trakcie podchodzenia do lądowania. Jeśli bowiem wyobrazimy sobie próbę doprowadzenia do rozbicia samolotu w sposób pozostawiający najmniej śladów, to najłatwiejsze wydaje się spowodowanie awarii sterów wysokości w ostatniej fazie lotu.

Dodajmy do tego kolejne skandaliczne zaniedbanie z dziedziny bezpieczeństwa: naprawy tych urządzeń tuż przed katastrofą odbyły się wprawdzie w Warszawie, ale wykonywał je Rosjanin, przysłany przez zagraniczną firmę zajmująca się serwisem.

Nie trzeba zatem być znawcą metod działania służb specjalnych, aby zauważyć, jak wiele możliwości ingerencji w decydujące o bezpieczeństwie systemy rządowego Tu-154M stworzono w ostatnich tygodniach przed katastrofą.

A teraz skojarzmy to z kilkoma innymi faktami. Tym, że o rozdzieleniu wizyt w Katyniu Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego wiadomo było od kilku miesięcy. A w konsekwencji było jasne, że prezydent, lecąc na tak uroczyste obchody, będzie chciał zabrać ze sobą wyjątkowo dużą delegację. A w niej znajdzie się przede wszystkim grupa jego najbliższych współpracowników.

I drugi fakt. 14 lutego minister Radosław Sikorski do Ambasady RP w Moskwie z zadaniem przygotowania wizyty prezydenta w Katyniu delegował wyjątkowego człowieka - Tomasza Turowskiego. Oficera wywiadu Służby Bezpieczeństwa, który od 1975 roku zajmował się zawodowo szpiegostwem na rzecz bloku komunistycznego. „Był wysoko oceniany przez naszych partnerów rosyjskich” – tak Turowskiego opisał Władysław Bartoszewski, gdy był ministrem spraw zagranicznych. Turowskiego wezwano specjalnie do wykonania zadania w Smoleńsku, choć… od 3 lat nie pracował już w dyplomacji.

Zatem jeśli istniałby zamiar wyeliminowania prezydenta, to potencjalnym sprawcom stworzono szereg tak sprzyjających okoliczności, że wzięte razem stanowiły wręcz idealną okazję.

Delegacja bez ochrony

Ale to jeszcze nie wszystko. „Biała Księga” opisuje kolejny skandal: brak polskiej ochrony dla prezydenta na lotnisku w Smoleńsku. Na „Siewiernym” nie zaplanowano obecności żadnego funkcjonariusza Biura Ochrony Rządu! Pozostaje to oczywiście w rażącej sprzeczności z podstawowym zadaniem tej służby, którym jest ochrona najwyższych władz RP. W każdej sytuacji, szczególnie podczas wizyt zagranicznych, a już w takich warunkach, z jakimi mieliśmy do czynienia 10 kwietnia, gdzie można było wprost mówić o zagrożeniu, było to wręcz konieczne.

Widoczna była przecież, okazywana nawet publicznie, niechęć władz Rosji wobec Lecha Kaczyńskiego. Było rzeczą wiadomą, że jego polityka dążąca do podkreślania niezależności Polski i troski o nasze interesy budziła w Moskwie nieprzyjazne reakcje. A już zorganizowanie wyprawy prezydentów 4 krajów Unii Europejskiej do Gruzji w sierpniu 2008 roku, które uratowało ten kraj przed bliskim zajęciem przez Armię Rosyjską, było dla Kremla kamieniem obrazy i wywołało nieskrywaną wrogość Kremla.

W tej sytuacji fakt, iż lotnisko w Smoleńsku miały zabezpieczać wyłącznie służby rosyjskie, jest skandaliczny. Używając języka znanego z literatury kryminalnej oznaczało to po prostu „wystawienie” Lecha Kaczyńskiego i całej polskiej delegacji.

Zresztą skandali, obrazujących stopień upadku, jaki dotknął BOR, niegdyś elitarną i rzeczywiście sprawną służbę jest dużo więcej. Bo jak inaczej określić fakt, że kiedy Rosjanie odmówili wpuszczenia BORowców podczas rekonesansu na lotnisko pod pretekstem, że jest to obiekt wojskowy, dowództwo naszej służby specjalnej potulnie się na to zgodziło! A przecież w rzeczywistości „Siewiernyj” nie był już używany przez lotnictwo wojskowe, znajdował się w fazie przekształcania w cywilny port lotniczy i miał status lotniska cywilno-wojskowego.

Podobnie z pokorą i bez dyskusji dowództwo BOR przyjęło wydany przez Rosjan zakaz posiadania broni przez naszych funkcjonariuszy, oczekujących na delegację na cmentarzu w Katyniu. Już sam ten niespotykany w stosunkach dyplomatycznych zakaz powinien był wzbudzić podejrzenia odpowiedzialnych za organizację wyjazdu. Posiadanie broni przez ochronę podczas wizyt zagranicznych jest bowiem elementem standardowej procedury.

www.niezalezna.pl



Autor: Redakcja | 25/11/2011
Komentarze
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?