Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak


Ewa Błasik: Miejcie odwagę się przyznać

Z Ewą Błasik, żoną generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, który zginął na Siewiernym, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler z Naszego Dziennika.

Żaden z członków komisji Jerzego Millera, którzy mieli rozpoznać głos Pani męża, dziś nie chce się do tego przyznać. Nie dziwi to Pani?

- Byłam z dziećmi przed konferencją prokuratury, na której podano wyniki ekspertyzy IES, w prokuraturze. Czytałam stenogramy, odsłuchiwałam zapisy głosów z kokpitu i nie rozpoznałam na tych taśmach głosu mojego męża. A przecież w raportach przypisywano mu najpierw czytanie "mechanizacji skrzydła", później podawanie wysokości. Jest mi ogromnie przykro, że pułkownicy z komisji Millera tak szybko i bezpodstawnie, zdając się jedynie - jak mówią - na kontekst sytuacyjny, przypisywali słowa wypowiadane przez załogę mojemu mężowi. Chciałabym, żeby opinia publiczna dowiedziała się, jacy to przyjaciele mojego męża od razu rozpoznali w Moskwie jego głos, by padły ich nazwiska. Nieodpowiedzialne przypisanie do kokpitu mojego męża wywołało lawinę bezpodstawnych, okrutnych oskarżeń w stosunku do jego osoby.



Informacje, że Pani mąż był do końca w kokpicie, przez prawie dwa lata powtarzało bezrefleksyjnie wielu dziennikarzy. Dziś zachowują się tak, jakby nic się nie stało.

- Świat dziennikarzy to ludzie, jak się okazuje, w większości bez kręgosłupa i honoru, żądni jedynie taniej sensacji i bezrefleksyjnego, brutalnego niszczenia ludzi. Nawet po śmierci. Nie znałam tego środowiska. Jestem zszokowana ich sposobem postępowania, upolitycznienia i manipulowania opinią publiczną. Dla mnie są to nieuczciwi, bezmyślni ludzie, przez których tak wiele razem z dziećmi wycierpiałam. Przez długie miesiące głosili tezy, które nie miały i nie mają pokrycia w dowodach. Niestety, przez ich bezpodstawne insynuacje i fantazje Polska jest taka, a nie inna. Daleko nam do standardów demokracji europejskiej, skoro większość mediów, które mamy w kraju, po prostu zwyczajnie kłamie i kreuje fałszywy obraz rzeczywistości. Widzę to na podstawie kłamstw rzucanych na Andrzeja i pilotów Tu-154M, których za wszelką cenę chce się bez dowodów obwinić i skompromitować. Tak pasuje rządzącym i przede wszystkim Rosjanom. Są to działania niesłużące Polsce i naszej dumie narodowej. Mój mąż i piloci wiernie służyli naszej Ojczyźnie i nie zasłużyli na takie krzywdzące traktowanie ich po śmierci.

Po upublicznieniu ekspertyzy IES część dziennikarzy zafundowała nam opowieść, że nie ma dowodów na to, iż Pani męża nie było w kokpicie, a jego ciało znaleziono właśnie w tym miejscu.

- Tonący brzytwy się chwyta. Mój mąż i prawdziwe, uczciwe lotnictwo nigdy nie miało zaufania do ekspertów z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Uważali, że nie wyjaśniła ona faktycznych przyczyn katastrofy CASY, więc jak mamy dziś wierzyć w to, że rzetelnie miałaby wyjaśnić przyczyny katastrofy na terenie obcego mocarstwa. To nie są wcale wybitni eksperci. Przykład z rozpoznawaniem głosu mojego męża świadczy jedynie o tym, jak bardzo ich praca była nieprofesjonalna. Wystarczyło, by na podstawie tego, co jeden drugiemu powiedział, i z kontekstu sytuacyjnego wywnioskowali, że do tej ich układanki pasuje im - mój mąż. I tak oto bezrefleksyjnie rzucono go na pożarcie Rosjanom i mediom. Przecież tak działając, można do kokpitu przypisać każdą osobę, która była w tym samolocie. Równie dobrze mógł być tam ktoś na przykład z organizatorów tego lotu. Na pokładzie Tu-154M był również szef Sztabu Generalnego, któremu mój mąż bezpośrednio podlegał. Generał Gągor był zawsze blisko pana prezydenta, więc skąd wiemy, czy na przykład on nie mógł na chwilę pojawić się w kokpicie, przecież wszystkich tych generałów znaleziono w jednym miejscu. Dlaczego wszędzie miał być mój mąż, on był tam tylko jednym z wielu pasażerów.
Mąż zawsze mówił, że to od szefa komisji zawsze zależy, w jakim kierunku pójdzie trop badania katastrofy. Raport Millera jest dla mnie raportem czysto politycznym, który nie przybliża nas do prawdy o katastrofie smoleńskiej. Jego fałszywe tezy podchwytywali tylko nieuczciwi dziennikarze i tzw. eksperci lotniczy, o których nikt wcześniej nie słyszał. Nie rozumiem, jak mogli wygłaszać swoje fantastyczne tezy na temat zachowania mojego męża i załogi. Ci ludzie nie znali mojego męża i nie mają pojęcia, o czym mówią. Jakim prawem dyktują, co powinien robić mój mąż podczas tego lotu? To żenujące, że jacyś byli oficerowie polityczni, piloci mentalnie tkwiący w systemie komunistycznym, wypowiadają się na temat zachowania mojego męża. Żerują tylko na jego śmierci i celowo kompromitują polskie lotnictwo.

Co Panią najbardziej boli w wyjaśnianiu prawdy o 10 kwietnia 2010 r., poza samotną walką o honor męża?

- To, że osoby i środowiska, które domagają się prawdy o tej tragedii, są ośmieszane, bo tak jest wygodniej dla obecnej ekipy rządzącej. Boli mnie też to, że przy tak ogromnej tragedii narodowej nie prowadzi się rzetelnego śledztwa, a przecież ci, którzy zginęli, chyba na to zasługują. Mój mąż był niezwykle szanowany w strukturach NATO. Nigdy nie miał nic wspólnego ze służbami specjalnymi. Wszyscy doskonale wiedzą, że w szybkim tempie, w miarę możliwości finansowych, wyprowadzał Siły Powietrzne z zapaści i nie rozumiem, dlaczego po śmierci zwierzchnik Sił Zbrojnych nie stoi na straży obrony mojego męża.

"Pewność jest taka, że źródłem katastrofy była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych" - powiedział w czwartek Bronisław Komorowski.

- Przecież piloci, jak dziś wiemy, byli zdani w powietrzu nie tylko na siebie. Od tego są służby naziemne, które powinny ich informować o wszystkim. Moim zdaniem, ewidentnie są winni Rosjanie, którzy w tych warunkach powinni zamknąć lotnisko. Nie można winić pilotów, którzy mieli pełne prawo zniżyć się do określonej wysokości za zgodą wieży. Oni nie chcieli lądować, jedynie się zniżyli, a obowiązkiem Rosjan było zamknąć to lotnisko. Winny jest generał, który kazał sprowadzać ten samolot, i bałagan na wieży kontrolerów. Tu leży przyczyna katastrofy. Nie rozumiem, dlaczego prezydent Komorowski nie broni naszych pilotów. Co chce w ten sposób osiągnąć? Polski prezydent powinien bronić polskiej racji stanu i polskich poległych lotników, a nie chronić interes Rosjan.

Czytała Pani komunikat dotyczący ekspertyzy biegłych w sprawie odpowiedzialności Biura Ochrony Rządu?

- Tak. Ekspertyza biegłych jest szokująca, ale nie dziwię się temu. Od dawna wojsko i BOR były wplątywane w akcję walki ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim. Można powiedzieć, że katastrofa smoleńska jest jak gdyby wynikiem tej walki. Jak można było tak igrać z polskim prezydentem wybranym w demokratycznych wyborach? Minister Arabski, jak czytałam, zabierał prezydentowi samoloty, nie szanowano go, kompromitowano na arenie międzynarodowej. To była wojna na śmierć i życie, wojna premiera Tuska, który doczekał się jej tragicznych konsekwencji. Do końca życia będę się domagać powołania międzynarodowej komisji do zbadania dwóch katastrof: Tu-154M i CASY.

Dlaczego powinno się wznowić badanie przyczyn katastrofy CASY z 2008 roku?

- Bo to jest coś nieprawdopodobnego, że gdy po II wojnie światowej doszedł do władzy pierwszy prawdziwie niepodległościowy generał - jakim był mój mąż - który chciał dobra polskich Sił Powietrznych, nagle spadają dwa samoloty z tak ważnymi osobami na pokładzie. W CASIE zginęli w większości uczniowie mojego męża, jak na ironię losu, wracali z konferencji dotyczącej bezpieczeństwa lotów. To nie tylko moje zdanie, ale całego środowiska pilotów nie przekonują przyczyny katastrofy CASY podane przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych, twierdzą, że do dziś nie wiemy, dlaczego CASA spadła. Jeżeli jej katastrofę badali tacy eksperci, jak panowie z komisji Millera, którzy tak pochopnie rozpoznali rzekomo głos mojego męża w Moskwie, to proszę się nie dziwić, że nie wiemy, co się tam faktycznie stało. Być może w białych rękawiczkach zlikwidowano nam świetnych pilotów pod Mirosławcem, a pod Smoleńskiem zgładzono elitę, która chciała dobra Polski. Jeszcze raz podkreślę - to są zbyt poważne katastrofy, żeby można było przejść nad nimi do porządku dziennego i mówić - jak rzecznik rządu Paweł Graś - że przecież życia już im się nie wróci. To jest skandal. Tacy ludzie jak pan Graś nigdy nie powinni zajmować żadnych ważnych stanowisk, jeżeli nie chcą wyjaśnić prawdy o śmierci tak ważnych osób w państwie.

Sugeruje Pani, że chcą coś ukryć?

- Gdyby mieli czyste sumienie, wyjaśnianie przyczyn katastrofy Tu-154M od początku wyglądałoby inaczej. Toczyłoby się tak jak w cywilizowanym kraju. Ja nie mam nic do ukrycia, pragnę jedynie prawdy. Nie wiem, czego boją się ci, którzy za wszelką cenę nie chcą jej poznania, a wolą za to zrzucać odpowiedzialność na tych, którzy nie żyją. Nie mają honoru, bo nie chcą odpowiadać za swoje decyzje. Ta cała cywilna kontrola nad armią nie potrafi dziś uderzyć się w piersi i powiedzieć, że winna jest zapaści w lotnictwie. To niepojęte, że polski prezydent - nie dość, że nie broni honoru gen. Andrzeja Błasika - obraża go, mówiąc, że w Siłach Powietrznych szwankowało dowodzenie. Będę mu do końca swojego życia udowadniać, jakim dowódcą był mój mąż i w jakiej rzeczywistości przyszło mu dowodzić. Będę ujawniać tę rzeczywistość. Polacy zasługują na prawdę i nic nie będzie tu zamiecione pod dywan.

A jaka była ta rzeczywistość?

- Przede wszystkim Siły Powietrzne były w fatalnym stanie. Nigdy nie było pieniędzy. Andrzej nie miał pilotów, nowych samolotów dla VIP-ów. Cały czas zwodzono go, że już-już będą, po czym ich nie kupowano. Nikt nie potrafił podjąć męskiej decyzji, żeby taki sprzęt zakupić. A teraz ci sami ludzie zrzucają winę na tych, którzy nie żyją. Polacy mogą być dumni z mojego męża, bo dawał sobie radę w tych trudnych okolicznościach, w jakich się znalazł. Ci, którzy mówią, że nie przestrzegał przepisów bezpieczeństwa, po prostu kłamią. Od początku nie wierzyłam, że mógłby wtrącać się w pracę pilotów Tu-154M. To, co dziś mówią chociażby panowie Hypki i Białoszewski, w złym świetle przedstawiając mojego męża, nie ma nic wspólnego z prawdziwymi cechami jego charakteru. A gdy już nie wiedzą, jakie nowe kłamstwo mają o Andrzeju wrzucić, wracają znów do wątku, że ten samolot nie powinien w ogóle wylecieć. To był pierwszy lot mojego męża z prezydentem na pokładzie. Wszyscy lotnicy, z którymi rozmawiam, są zbulwersowani tym, że Andrzejowi odmawia się w mediach nawet możliwości złożenia na płycie Okęcia meldunku zwierzchnikowi Sił Zbrojnych, co jest rzeczą normalną. Pytam: jakim prawem "ekspert" Białoszewski czy polityk Leszek Miller mogą podważać zasadność zachowania mojego Andrzeja i dyktować, co miałby robić? On doskonale wiedział, co ma robić, przyjął meldunek od majora Protasiuka i miał pełne prawo złożyć go swojemu bezpośredniemu przełożonemu. To są bezpodstawne zarzuty jakichś ludzi wrogo nastawionych do mojego męża, tutaj rozgrywa się jakaś wielka polityka, która nie ma nic wspólnego z prawdą.

Dziękuję za rozmowę.

www.naszdziennik.pl



Autor: Piotr Dudała | 05/02/2012
Komentarze
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?