Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Ankieta
Czy poznamy prawdę o Katastrofie Smoleńskiej?

tak

nie

trudno powiedzieć


Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak

Matka Boża z Guadalupe


Manipulacje smoleńskie

Od pierwszych minut po tragedii smoleńskiej rozpowszechniano niesprawdzone informacje. Stało się to fundamentem w przekazach największych mediów, ale także polityków, ministrów, urzędników.

Manipulowano faktami nie tylko na temat przebiegu katastrofy, ale potem również w sprawie postępowania MAK i prowadzonego śledztwa prokuratorskiego, wcześniejszych przygotowań do wizyty śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu, zabezpieczenia miejsca tragedii oraz wraku samolotu, telefonów i innych istotnych dowodów, prowadzenia czynności śledczych.
Podawanie niesprawdzonych informacji było tarczą obronną rządzących przed społeczeństwem, które domagało się prawdy. Sprawujący władzę wykorzystali do tego największe media.



Tę sytuację w życiu publicznym opisuje fenomenalnie redaktor naczelny kwartalnika "Kronos" Wawrzyniec Rymkiewicz w rozmowie z Filipem Memchesem: "W Polsce nie mamy w tej chwili do czynienia ze zwykłym konfliktem politycznym. Polskim życiem publicznym rządzi kłamstwo - straszliwe, przerażające Kłamstwo. To Kłamstwo sprawia, że spór polityczny znika; jego miejsce zajmuje spór o rzeczy ostateczne. (...) Mówię o Kłamstwie Smoleńskim. Tę sytuację można opisać za pomocą Platońskiej alegorii jaskini. Więźniowie skuci łańcuchami oglądają cienie na ścianie i uważają je za rzeczywistość".
Przypominając sobie dawne publikacje, trudno nie przyznać racji tym słowom.

Pierwsze minuty po katastrofie
Niesprawdzone informacje pojawiły się w pierwszych minutach po tragedii, kiedy media zaczęły rozpowszechniać insynuacje, że samolot podchodził cztery razy do lądowania, pilot był słabo wyszkolony, nie potrafił odczytać prawidłowej wysokości i nie znał języka rosyjskiego.
Jarosław Kaczyński w rozmowie z "Gazetą Polską" z lipca 2010 r. ujawnił swoją pierwszą rozmowę telefoniczną z Radosławem Sikorskim w dniu katastrofy. Kiedy Sikorski poinformował go o tragedii, prezes PiS powiedział: "To jest wynik waszej zbrodniczej polityki - nie kupiliście nowych samolotów. Na tym rozmowa się skończyła". Po chwili Sikorski ponownie zadzwonił i stwierdził kategorycznie, że katastrofa była wynikiem błędu pilota.
Sam Sikorski relacjonował, że nie przypomina sobie, by w czasie tej rozmowy prezes PiS użył słowa "zbrodnicza". Jednocześnie de facto potwierdził relację Jarosława Kaczyńskiego o tej rozmowie. Szef MSZ przyznał bowiem, iż mógł powiedzieć, że "piloci nie powinni byli próbować lądować we mgle": "To, co mogłem powiedzieć, to, co powiedział ambasador Bahr - to znaczy: nie powinni byli próbować lądować we mgle. Nie miałem wtedy jeszcze sprecyzowanej opinii co do przyczyn wypadku".
W tym kontekście warta zwrócenia uwagi jest informacja przekazana przez Sławomira Petelickiego, byłego szefa jednostki GROM. W pierwszą rocznicę katastrofy ujawnił on, że niedługo po tragedii rozesłano do czołowych polityków Platformy Obywatelskiej wiadomość SMS o treści: "Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił". Wskazywano, że autorem tej wiadomości miał być ktoś z trójki: Donald Tusk - Paweł Graś - Tomasz Arabski.
Początkowo nikt nie komentował rewelacji, zainteresowani nie odpowiadali na pytania w tej sprawie. Dopiero Andrzej Halicki poproszony o komentarz nazwał informację "kłamstwem". Jednak uchylił się od odpowiedzi w sprawie wytoczenia Petelickiemu procesu. Natomiast Paweł Graś bardzo oględnie, i to dopiero po miesiącu, stwierdził: "To są kompletne brednie. Nie będę tego komentował. Mogę powiedzieć tylko tyle, że oczywiście nie było żadnego rządowego SMS-a. Ministrowie nie otrzymują SMS-em żadnych instrukcji dotyczących tego, jak mają się wypowiadać".
Jednak zadziwiające jest to, że takie tezy pojawiły się w mediach natychmiast po tragedii.

Rządowa propaganda sukcesu
Faktem jednak jest, że przez pierwsze tygodnie i miesiące media głównie skupiły się na wskazywaniu rzekomych błędów pilotów, udowadnianiu ich winy, rozwijaniu pobocznych wątków (np. sprawy lotu śp. prezydenta do Tbilisi w 2008 r.) i poszukiwaniu winnych po stronie polskiej. Odpowiedzialnością obarczano śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, śp. generała Andrzeja Błasika, dowódcę Sił Powietrznych RP, śp. mjr. Arkadiusza Protasiuka, szefa załogi rządowego tupolewa. Nie było odpowiedzi ze strony władz. Osoby zajmujące się postępowaniem wyjaśniającym oraz śledztwem, premier, prezydent, ministrowie, urzędnicy, posłowie PO milczeli lub chwalili się sukcesami w śledztwie smoleńskim.
Premier Tusk osobiście zapewniał społeczeństwo, parlamentarzystów, opinię międzynarodową o doskonałej współpracy ze stroną rosyjską i braku zastrzeżeń.
Warto także przypomnieć, że premier Tusk wielokrotnie przekonywał o słuszności wyboru konwencji chicagowskiej jako podstawy prawnej postępowania MAK.
Kiedy 5 maja 2010 r. posłowie PiS złożyli projekt rezolucji sejmowej zobowiązującej szefa rządu do zwrócenia się do Rosji o przekazanie Polsce pełnego śledztwa smoleńskiego, ten bardzo pochlebnie ocenił to postępowanie: "W naszej ocenie Rosjanie swoje postępowanie wypełniają jednak profesjonalnie".

Rewelacje Klicha
Co więcej, Tusk twierdził, że ewentualne "przekazanie całości śledztwa przez stronę rosyjską stronie polskiej byłoby możliwe dopiero po podpisaniu wzajemnego porozumienia dotyczącego takich przypadków". Jednak wspomniane przez premiera porozumienie już istniało, zostało podpisane jeszcze w 1993 roku. Ujawnione ostatnio przez "GP" nagrania rozmów Edmunda Klicha dowodzą, że szefostwo państwa znało ten akt prawny. Nie było to jedyne przemilczenie. Tusk w odpowiedzi na wspomniany projekt PiS przekonywał także, że rząd kontroluje sytuację, bo "mamy tam obserwatora, który wszystko relacjonuje [tzn. Edmunda Klicha - przyp. P.B.]. Z dotychczasowych doniesień wynika, że współpraca przebiega bez zarzutu". Tymczasem jak wynika nawet z "Uwag RP do raportu MAK", już wtedy strona polska nie otrzymywała podstawowych dokumentów i było to skrupulatnie odnotowywane.
W tym kontekście należy zwrócić szczególną uwagę na wypowiedź Edmunda Klicha, który w TVN24 przyznał: "Mogłem swoim działaniem wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich, ale nie chciałem". Były polski akredytowany przy MAK mówił: "Były sytuacje zwrotne, bardzo trudne dla mnie. Być może moje zdecydowane działanie w jednej z nich mogło wpłynąć na polityczny obrót spraw w naszym kraju. Chodzi o jedną sytuację między turami wyborów prezydenckich. Moje działanie, gdybym się zdecydował, mogło wpłynąć na dalszy ich przebieg. Nie chciałem jednak tego robić".
Z wypowiedzi płk. Klicha niezbicie wynika, że ujawnienie w kampanii prezydenckiej informacji, które znał, zaszkodziłoby kandydatowi Platformy Obywatelskiej.

System manipulacji
Większość mediów przekazywała bez prób weryfikacji fałszywe informacje, półprawdy, insynuacje, stanowisko jednej strony, komentarze wybranych specjalistów, którzy wskazywali wyłącznie na winę pilotów, a także śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i śp. gen. Andrzeja Błasika.
Powstał system manipulacji, w którym uczestniczyły stacje telewizyjne, prasa codzienna, tygodniki, portale internetowe. System medialnego "kłamstwa smoleńskiego" był akceptowany przez aktualnie rządzących państwem. W imię doraźnych interesów politycznych nie reagowali należycie na oszczerstwa rozpowszechniane poza granicami naszego kraju.
Medialna kampania dezawuowania rozpoczęła się chwilę po tragedii. Natychmiast Rosjanie przekazali światu komunikat, że polscy piloci "cztery razy podchodzili do lądowania". Tłumaczono, że załoga tupolewa dążyła za wszelką cenę do wylądowania w Smoleńsku.
Propagowano również inne tezy, zdejmujące z rosyjskiej obsługi odpowiedzialność za tragiczne wydarzenia z 10 kwietnia. W mediach twierdzono, że urządzenia na lotnisku były sprawne i że lotnisko było dobrze przygotowane do przyjęcia polskiej delegacji, chociaż jeszcze tego samego dnia białoruski dziennikarz (sic!) zrobił zdjęcia rozbitym światłom na lotnisku. Rosjanie próbowali również przekonać, że załoga wieży była dobrze przygotowana, tak jak lotnisko w Smoleńsku. Dopiero ujawnienie w 2011 r. stenogramów rozmów z wieży pokazało chaos panujący wśród Rosjan. Lansowano również tezę, że rosyjscy meteorolodzy przekazali właściwe informacje o pogodzie, polscy piloci nie mieli odpowiedniego doświadczenia, zaś rosyjscy nawigatorzy odradzali lądowanie i odsyłali polski samolot na lotnisko zapasowe. Natomiast lot tupolewa określano jako lot cywilny, zaś konwencję chicagowską najlepszą podstawą prawną do badania katastrofy.

Tezy zbliżone do SMS-a
Jednocześnie w polskich mediach zaczęły się pojawiać sugestie o naciskach na pilotów. Początkowo były to podprogowe insynuacje, pojawiające się jedynie w tytułach, pytaniach do rozmówców, wyeksponowanych zdaniach. Miało to przygotować odbiorców na zmasowany atak.
Należy zwrócić uwagę na szczególną rolę "Gazety Wyborczej" w prezentowaniu tez lansowanych w następnych miesiącach. Już 12 kwietnia 2010 r. Marcin Wojciechowski w "GW" w artykule pod bardzo wymownym tytułem "Piloci zdecydowali: Lądujemy!" zastanawiał się, czy pilot konsultował z kimś decyzję o lądowaniu.
Następnego dnia Paweł Wroński zamieścił w "GW" rozmowę z pilotami z 36. SPLT. Oto fragmenty niektórych pytań: "Kontroler lotów w Smoleńsku twierdzi, że polska załoga nie "kwitowała", czyli nie potwierdzała wysokości podawanych z wieży. (...) W spekulacjach pojawiły się informacje, że załoga nie radziła sobie z liczebnikami w języku rosyjskim oraz o możliwej pomyłce w przeliczeniu miar wysokości - u nas stosuje się stopy, a w Rosji metry (...)". Jednak kluczowe było jedno z ostatnich pytań: "Czy jest możliwe, aby wywierać na pilota presję?".
"GW" w specyficzny sposób zajęła się szukaniem odpowiedzi na to pytanie. Przez szereg miesięcy publikowano wypowiedzi, wywiady, artykuły wskazujące na podobieństwo tragedii w Smoleńsku z sytuacją w Gruzji z 2008 roku.
13 kwietnia 2010 r. wrocławski dodatek "GW" przeprowadził rozmowę z dr. Tomaszem Szulcem, specjalistą ds. techniki wojskowej, adiunktem w Instytucie Technologii Maszyn i Automatyzacji Politechniki Wrocławskiej.
Z perspektywy dwóch lat niezwykle interesujący jest fakt, że już kilkadziesiąt godzin po katastrofie "GW" opublikowała wywiad z sugestiami, że pilot nie był asertywny, katastrofa była wynikiem presji na załogę, z porównaniem tragedii do sytuacji z Gruzji oraz z wyraźną tezą, że katastrofa była wynikiem błędu człowieka.
Również w innych artykułach "GW" znajdują się ciekawe próbki tego charakterystycznego stylu. W artykule "Lot PLF-101. Rekonstrukcja" z 21 kwietnia 2010 r. Wojciech Czuchnowski, Renata Grochal, Agnieszka Kublik, Aleksandra Pezda, Paweł Wroński pisali: "Tragicznie zakończony lot prezydenckiego Tu-154M rozpoczął się z 23-minutowym opóźnieniem i trwał dłużej od przeciętnego lotu tego typu maszyny na trasie Warszawa - Smoleńsk. Ostatnie minuty będą kluczem do rozwiązania zagadki katastrofy. (...) Samolot nie odleciał o czasie, bo spóźnił się prezydent, który w piątkową noc długo rozmawiał ze współpracownikami. (...) Kontroler lotu z lotniska Siewiernyj Paweł Plusnin: "Zobaczyłem, że pogoda zaczyna się pogarszać. Zaproponowałem im lotnisko zapasowe. Oni odmówili"".
Praktycznie każde z powyższych zdań "GW" wymaga odpowiedzi - tupolew nie był prezydencki, ale rządowy; nie było opóźnienia wylotu, gdyż nastąpił w okresie 30 minut ważności planu lotów; godzina wylotu nie miała wpływu na katastrofę; nie było propozycji zapasowego lotniska i odmowy polskich pilotów na lot tamże.
Również i w tym tekście dziennikarze "GW" ponownie odnoszą się do sprawy gruzińskiej. Co więcej, brak nagrań z czarnych skrzynek interpretowano na niekorzyść śp. prezydenta Kaczyńskiego: "Czy teraz doszło do podobnej sytuacji [jak podczas lotu do Gruzji - przyp. P.B.], z tą różnicą, że pilot uległ? Prokurator generalny Andrzej Seremet od pierwszych dni po katastrofie mówił, że w czarnych skrzynkach samolotu nie znaleziono zapisów świadczących o naciskach na załogę. Ale - jak podała wczoraj prokuratura - treść nagrań poznamy nieprędko" ("GW" z 21.04.2010 r.).
Sprawa gruzińska była wielokrotnie opisywana, miała dowodzić rzekomych nacisków śp. prezydenta Kaczyńskiego na pilotów w trakcie lotu do Smoleńska.

"Debeściaki" mediów
Nagonce poddany został również dowódca załogi tupolewa śp. mjr Arkadiusz Protasiuk. 14 lipca 2010 r. TVN24 podaje, że stacja "dotarła do kolejnego fragmentu odczytanego stenogramu z ostatnich minut lotu prezydenckiego Tu-154". Charakterystyczne, że TVN ponownie określa rządowego tupolewa mianem prezydenckiego! Nieoficjalnie TVN24 dowiedziała się, że kilkadziesiąt sekund przed katastrofą prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem śp. major Arkadiusz Protasiuk miał wypowiedzieć: "Jak nie wyląduję/wylądujemy, to mnie zabije/zabiją". Miał to być fragment, który wcześniej w stenogramie pojawił się jako "niezrozumiały". Informacje przekazała Joanna Komolka z TVN. Tymczasem prokuratura nie chciała się wypowiadać w tej sprawie, zaś dyrektor Instytutu Ekspertyz Sądowych prof. Maria Kała poinformowała, że zdanie to "nie pochodzi od nas" (za: http://www.tvn24.pl/0,1664953,0,1,jak-nie-wyladujemy--to-mnie-zabijeja,wiadomosc.html).
Dwa dni później Łukasz Słapek (były dziennikarz TVP, który wcześniej pomówił Patrycję Kotecką) w artykule zatytułowanym dość jednoznacznie: "Czy pilot powiedział: "Patrzcie, jak lądują debeściaki"?", opublikowanym w dzienniku "Polska. The Times" 16 lipca 2010 r., pisał, że "Polsce. The Times" udało się ustalić, iż "na nagraniach czarnych skrzynek, które obecnie są analizowane przez polskich ekspertów w Warszawie i w Krakowie, jest więcej tego typu wypowiadanych zdań". Tymczasem żadnych takich wypowiedzi śp. mjr. Protasiuka nie odczytano na taśmach czarnej skrzynki. Słapek sugerował również, że faktycznym dowódcą tupolewa był śp. gen. Błasik, gdyż to on witał prezydenta przed wejściem na pokład.

Atak na "polskie skrzydła"
Szczególnie brutalnie został potraktowany śp. gen. Andrzej Błasik, dowódca Sił Powietrznych RP. Kampanię w tej sprawie rozpoczął przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych płk Edmund Klich.
W programie TVN "Teraz my!" z 24 maja 2010 r. powiedział Andrzejowi Morozowskiemu i Tomaszowi Sekielskiemu: "Nie neguję, że była piąta osoba w kabinie. Za informacje odpowiada Międzynarodowy Komitet. (...) Ja wiem, kto to był. (...) Tak, to był generał Błasik".
Od tego momentu trwał medialny atak na śp. gen. Błasika. Dziennik "Izwiestia" podał np., że "śmiertelnym lądowaniem dowodził dowódca Sił Powietrznych Polski". Natomiast "Komsomolskaja Prawda" cytowała eksperta lotniczego płk. Wiktora Timoszkina, który przypuszczał, że to polski generał Andrzej Błasik mógł siedzieć za sterami tupolewa w momencie katastrofy (za: http://www.fakt.pl/To-gen-Blasik-siedzial-za-sterami-tupolewa-,artykuly,73005,1.html).
Istotne jest, że media dopuszczały do programów głównie osoby formułujące podobne manipulacje, niedomówienia i niedementujące oczywistych kłamstw. Przed publikacją raportu MAK Edmund Klich w Radiu Zet 8 grudnia 2010 r. w rozmowie z Moniką Olejnik mówił, że "do końca w kabinie był dowódca sił powietrznych. (...) Wie pani, to trudno ocenić, jak długo [był w kabinie - przyp. P.B.], bo trzeba by zarejestrować, kiedy wszedł, czy nie wychodził, w związku, ale fakt jest, że był tam dłuższą chwilę".
W rosyjskim raporcie MAK kłamliwie pomówiono śp. gen. Błasika o spożycie alkoholu. Premier Tusk nie reagował na tę kampanię oszczerstw. Honoru polskich skrzydeł musiała bronić żona generała p. Ewa Błasik, której pomagał mec. Bartosz Kownacki. Niewątpliwie rację miał również Antoni Macierewicz, przewodniczący Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku, który wskazywał, że atak na śp. gen. Błasika jest atakiem na polskie lotnictwo.
Już po publikacji MAK kolportowano w mediach kolejne niesprawdzone informacje o rzekomej kłótni przed odlotem pomiędzy szefem lotnictwa a dowódcą załogi tupolewa.
24 lutego 2011 r. stacja TVN24 podała, że reporter programu "Polska i Świat" ustalił, że "przemysłowe kamery miały 10 kwietnia rano zarejestrować rozmowę dwóch wojskowych - wyraźnie wzburzonych, kłócących się: generała Andrzeja Błasika i kapitana Arkadiusza Protasiuka. Wojskowi mieli pokłócić się o wylot do Smoleńska" (za: http://www.tvn24.pl/12690, 1693929,0,1,klotnia-oficerow-przed-wylotem-do-smolenska,wiadomosc.html).
Informacje te powtórzyła "Gazeta Wyborcza" (26 lutego 2011 r.), która nawet stwierdziła, piórami Agnieszki Kublik, Wojciecha Czuchnowskiego i Pawła Wrońskiego, że jest "świadek, który słyszał, jak tuż przed wylotem prezydenckiego Tu-154 dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik zwymyślał kapitana samolotu Arkadiusza Protasiuka. Awanturę słyszał chorąży BOR. Ale nie powiedział o niej prokuratorowi".
W połowie marca prokuratorzy wojskowi przyznali, że żadnej kłótni nie było.

Kłopoty za bezstronność
Na uwagę zasługują również publikacje duetu z "Rzeczpospolitej", Michała Majewskiego i Pawła Reszki. Opublikowali oni cykl tekstów dotyczących tragedii smoleńskiej, za który w październiku 2010 r. otrzymali nagrodę im. Andrzeja Woyciechowskiego, założyciela Radia Zet. Uzasadniano, że był to "najlepszy materiał dziennikarski, który wpłynął istotnie na świadomość Polaków". W tekście "Zapis smoleńskiej katastrofy" z 1 czerwca 2010 r. twierdzili, że w kabinie był śp. gen. Błasik, piloci chcieli wylądować za wszelką cenę, sugerowali naciski: "Choć urządzenia ostrzegały, że zbliża się katastrofa, piloci prezydenckiego tupolewa nie przerwali lądowania. Nadal nie można rozstrzygnąć, czy były naciski na załogę. To wynika z opublikowanych we wtorek stenogramów rozmów z kokpitu prezydenckiego samolotu, który rozbił się 10 kwietnia pod Smoleńskiem. (...) Nie ma wątpliwości, że w ostatniej fazie lotu w kokpicie był gen. Andrzej Błasik, dowódca lotnictwa. Jego głos jest zarejestrowany na dwie minuty przed wypadkiem. Czy naciskał na pilotów? W stenogramach nie ma na to dowodów".
Rok później, w lipcu 2011 r., dziennikarze "Rz" pozytywnie ocenili, pomimo licznych głosów krytycznych, raport komisji Millera, który głównie skoncentrował się na sytuacji w polskim lotnictwie: "...zadaniem komisji Millera nie było zwalenie odpowiedzialności na Rosję, lecz ustalenie, co spowodowało tragedię. Zresztą Miller już wcześniej - po prezentacji raportu MAK - mówił o rosyjskich błędach podczas długiej konferencji. Teraz fachowcy z komisji najwięcej miejsca poświęcili temu, co działo się po polskiej stronie. Tu bałagan, brak kompetencji, złe szkolenie, błędy były przerażające. (...) Winę ponoszą politycy i urzędnicy. To oni spóźniali się z zamówieniami na loty i wpisywali na listy pasażerów więcej osób niż miejsc w samolocie. Traktowali 36. pułk jak własną firmę taksówkową. To oni patrzyli na wojskowych, którzy stawali na baczność i przekazywali podwładnym rozkaz: "Wykonać". To wszystko opisał Miller. Nie ma się co na niego obrażać".
O jakości pracy autorów "najlepszego materiału dziennikarskiego" świadczą tylko te cytaty.
W mediach nagłaśniano również wypowiedzi atakujące śp. prezydenta Kaczyńskiego za rozmowę z bratem. Lech Wałęsa twierdził, że rozmowa może być kluczowa dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy, i zaapelował o ujawnienie jej treści. Wtórował mu Janusz Palikot.
Media wielokrotnie odwoływały się do opinii "niezależnych ekspertów". Większość z nich interpretowała jednak przebieg lotu na niekorzyść załogi samolotu lub wskazując czynnik rzekomych "nacisków i presji". Głos w tej sprawie zajmował m.in. Tomasz Hypki ze "Skrzydlatej Polski", który np. w dzienniku "Fakt" mówił: "Przyczyną katastrofy była wina załogi i jej przeszkolenie. W takich warunkach atmosferycznych nie powinni w ogóle podchodzić do lądowania".
Przypominając sobie powyższe artykuły, słowa, obrazy, trudno nie zastanawiać się - jak wspomniany na samym początku Wawrzyniec Rymkiewicz - nad celem tych publikacji, tekstów, reportaży, audycji. W sytuacji zmasowanego ataku na śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, śp. gen. Andrzeja Błasika, polskich pilotów niewiele mediów zachowało bezstronność i obiektywizm w relacjonowaniu tragedii smoleńskiej - "Nasz Dziennik", Radio Maryja, Telewizja Trwam, "Gazeta Polska", "Uważam Rze". I może właśnie dlatego mają kłopoty.

--------------------------------------------------------------------------------

Autor był członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI. Do grudnia 2007 r. pełnił funkcję szefa Zarządu Studiów i Analiz Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Po objęciu urzędu prezydenta RP przez Bronisława Komorowskiego został wyrzucony z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Piotr Bączek publicysta



Autor: Redakcja | 18/02/2012
Komentarze
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?



Przenajświętsze Oblicze

Święty Brat Albert Chmielowski

Klub Gazety Polskiej w Sosnowcu

Wierszyna - Mała Polska na Syberii

Święty Szarbel Makhlouf

Starsze newsy

Arcybiskup Jan Cieplak

Kategorie newsów
     Rycerze Kolumba
     Wydarzenia
     Z ratusza
     Polityka
     Sport
     Gospodarka
     Kultura
     Rozrywka
     Z prasy, z netu
     Felietony Krzysztofa Korna
     Do redakcji

Rycerze Kolumba Sosnowiec

Chór Katedralny LUTNIA - Sosnowiec

Ks. Michael McGivney