Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak


Cezary Gmyz ujawnia kulisy publikacji artykułu o trotylu w Tu-154M

Cezary Gmyz, były już dziennikarz "Rzeczpospolitej", w rozmowie na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia ujawnił kulisy swojej publikacji. - Ja byłem przekonany o prawdziwości informacji, sceptyczny w sprawie tego tekstu był redaktor naczelny "Rz" - powiedział.

W ubiegły wtorek "Rzeczpospolita" w artykule "Trotyl we wraku tupolewa" napisała, że śledczy na wraku samolotu Tu-154M w Smoleńsku znaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny.



Po publikacji artykułu prokuratura wojskowa zaprzeczyła ustaleniom dziennika. Wskazała, że znalezione ślady mogą oznaczać obecność substancji wysokoenergetycznych, ale też ślady wielu innych substancji. Według prokuratury dopiero badania laboratoryjne będą mogły być podstawą do twierdzenia o istnieniu bądź nieistnieniu śladów materiałów wybuchowych.

Wczoraj wydawca "Rzeczpospolitej" poinformował, że z pracą w dzienniku żegna się czwórka dziennikarzy, w tym Gmyz i redaktor naczelny pisma Tomasz Wróblewski.

Gmyz, który w rozmowie z PR1 tłumaczył okoliczności swojego rozstania z gazetą przekonywał, że nie ujawnił wydawcy pisma, Grzegorzowi Hajdarowiczowi, swoich źródeł informacji.

- Nie byłem o to proszony, bo wydawca nie ma do tego prawa. To jest artykuł 16 prawa prasowego. Takie informacje mogę ujawnić tylko redaktorowi naczelnemu pisma, ale on nie może podać tego nikomu bez zgody sądu - powiedział.

Jak dodał, Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny "Rz", nie zna danych osobowych osób, od których dziennikarz uzyskał informacje, ale wie, z jakich kręgów one pochodzą.

Gmyz podał również, że sam od początku był przekonany o prawdziwości swoich informacji, a sceptyczny był właśnie Wróblewski. Potwierdził, że przed publikacją naczelny pisma spotkał się z Prokuratorem Generalnym.

- Zdecydowaliśmy się na rzadko spotykaną rzecz. Rzeczywiście było tak, że dopiero po spotkaniu Wróblewskiego z Seremetem zapadła decyzja o publikacji - dodał.

Pytany o rolę Hajdarowicza przed publikacją przyznał, że wie, że Hajdarowicz został powiadomiony o całej sprawie. - Moja pierwsza rozmowa z nim miała jednak miejsce wczoraj. Pierwsza i ostatnia - ujawnił.

Z ironią odniósł się też do dzisiejszego tekstu w "Rzeczpospolitej" napisanego właśnie przez jej wydawcę. - Prezes Hajdarowicz poczuł się dziennikarzem. Dzisiaj miał debiut na czołówce, to też sytuacja niespotykana w historii mediów - powiedział.

Pytany przez dziennikarkę, czy jego zdaniem wydawca powinien przepraszać za tekst o trotylu dodał: "Jeśli czuje się winny to niech przeprasza".

Gmyz przyznał też, że w ciągu swojego 20-letniego stażu w dziennikarstwie, kilka razy miał propozycje wstąpienia do partii politycznych. - Ja trzymam się ściśle rozdziału polityki od mediów. Miałem propozycje przejścia do polityki i nie skorzystałem - wyjaśnił.

Wcześniej, bo na początku rozmowy z dziennikarką Polskiego Radia, wyjaśnił, że według jego źródeł Rosjanie znają wyniki badań przesiewowych, o których pisał. - Oni wiedzą, że urządzenia, których użyto zareagowały tak, jakby tam były materiały wybuchowe. To nie jest wiedza, która jest obca Rosjanom - powiedział. Wyjaśnił też, że chodzi o badania wykonywane przez spektometry.

Oświadczenie Rady Nadzorczej

Rada Nadzorcza oraz sam Hajdarowicz, po przeprowadzonym postępowaniu, uznali, że dziennikarze związani z publikacją tekstu "nie mieli podstaw do stwierdzenia, iż we wraku tupolewa znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny". "Tekst uznajemy za nierzetelny i nienależycie udokumentowany" - czytamy w oświadczeniu Rady.

"Pan redaktor Cezary Gmyz pomimo wcześniejszych zapewnień nie przedstawił żadnych oświadczeń stwierdzając, że informatorzy odmówili złożenia dokumentów. Niezależnie od tego, co ustali prokuratura, na obecnym etapie wiedzy publikowanie tytułu »Trotyl we wraku tupolewa« było ogromnym nadużyciem" - piszą.

Zdaniem właściciela "Rz" Grzegorza Hajdarowicza tekst w takiej formie w ogóle nie powinien był pojawić się na łamach dziennika. "Z przeprowadzonego przeze mnie i Radę Nadzorczą postępowania wyjaśniającego wynika, że nie był on w ogóle udokumentowany" - pisze.

"Uzyskane przez dziennikarzy informacje o cząstkach wysokoenergetycznych powinny być przekazane rzetelnie, bez nadinterpretacji i uprzedzania wyników analiz. Ogromnym nadużyciem był też sam tytuł artykułu" - pisze Hajdarowicz.

Kim jest Cezary Gmyz? Czytaj więcej!

"Nieprzemyślane działania kilku osób znów wywołały wojnę polsko-polską. Za to wszystkich Czytelników przepraszam. Za błędne decyzje trzeba ponosić konsekwencje, stąd dymisje i zwolnienia dyscyplinarne w redakcji. Od dzisiaj tak będzie zawsze. Zapewniam, że zrobię wszystko, aby taka sytuacja nigdy więcej się nie powtórzyła, aby to, co będziemy publikować w »Rzeczpospolitej« było zawsze wiarygodne, rzetelne, przemyślane i sprawdzone" - czytamy dalej.

"Wiarygodność musi być najwyższą wartością. Jeszcze raz wszystkich przepraszam" - kończy swoje oświadczenie właściciel "Rz".

W ubiegły wtorek "Rzeczpospolita" w artykule "Trotyl we wraku tupolewa" napisała, że śledczy na wraku samolotu Tu-154M w Smoleńsku znaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny.

Po publikacji artykułu prokuratura wojskowa zaprzeczyła ustaleniom dziennika. Wskazała, że znalezione ślady mogą oznaczać obecność substancji wysokoenergetycznych, ale też ślady wielu innych substancji. Według prokuratury dopiero badania laboratoryjne będą mogły być podstawą do twierdzenia o istnieniu bądź nieistnieniu śladów materiałów wybuchowych.

W związku z kontrowersjami, jakie wywołała publikacja, redaktor naczelny dziennika "Rzeczpospolita" Tomasz Wróblewski oddał się do dyspozycji Rady Nadzorczej. Do jej decyzji będzie na urlopie. Wróblewski przekazał obowiązki szefa redakcji swojemu zastępcy Andrzejowi Taladze.

Grzegorz Hajdarowicz, właściciel spółki Gremi Media, jest właścicielem 100 proc. Presspubliki, która wydaje m.in. dziennik "Rzeczpospolita", tygodnik "Uważam Rze", jest też właścicielem portali internetowych.

(PR1/Onet,GK)





Autor: Redakcja | 06/11/2012
Komentarze
#1 | @leszek dnia 09.11.2012 22:05
NIE MUSIMY - JESTEŚCIE
#2 | leszek dnia 09.11.2012 14:01
Chcielibyście zrobići z nas idiotów?"Nie uda się Wam!
#3 | @PAWLO dnia 08.11.2012 11:05
Stanowczo protestuję - proszę nie dokuczać, drażnić i prowokować tych biednych chorych ludzi. Każdy ma prawo do jakiejś swojej obsesji. Choroba już nie jednego, całkiem przyzwoitego człowieka powaliła, logiczne myślenie mu wyłączając. Stoją więc w miejscu, żyją w swoim wyimaginowanym świecie bo tylko tam czują się jeszcze potrzebni.
#4 | PAWLO dnia 07.11.2012 21:18
@MANOLO No, cała ta grupa Ma Ciul Ewicza, to jedna wielka FARSA JAMEN
#5 | MANOLO dnia 07.11.2012 16:09
CAŁE TO SLEDZTWO TO JEDNA WIELKA FARSA
#6 | gostek dnia 07.11.2012 15:47
Podobno mają jakies próbki polscy prokuratorzy ale nie mogą ich badać bo próbki leżą w Moskwie. Pewnie je tam myją dokładnie w proszku ixi ,żeby przpadkiem nie było na nich jakich sladów .
#7 | PAWLO dnia 07.11.2012 07:02
GMYZ pisz z powrotem artykuły religijne. Nie bierz się za poważne tematy, bo wywołasz wojnę. A, JA wiem z pewnego źródła ze to był sPiSek, ale nie powiem skąd. Ot, i tyle...
#8 | @Ocalały z watahy dnia 06.11.2012 16:50
Takich superwiarygodnych anonimowych opowiastek krąży setki. Opierają się one o zwyczajową metodykę w stylu -" wiem, widziałem, słyszałem ale nie powiem i tyle "

Znajoma mojej sp. ciotki z Chicago rozmawiała kiedyś z kimś w mundurze i czapce z daszkem, który powiedział że dokładnie wie jak zamordowano Kenediego oraz że napisała o tym dokładnie w liście do Gorbaczowa ale list chyba zaginął... itd itd itd...

Ale jednego zrozumieć nie sposób - jak to się mogło stać że tak czujna ekipa, udająca się na teren który, zdaniem większości osób tej eskapady - był terenem największego naszego wroga, zabrała ze sobą tak ważne dla strategii kraju, telefony, laptopy i inną elektronikę? Po grzyba im tam telefony skoro ruscy podobno wszystko podsłuchiwali?

I na koniec - sprawa tej zabytkowej prezydenckiej Nokii została dziesiątki razy opisana w necie, wystarczy sobie poszukać i nie mylić jej z poszukiwaniem słynnego satelitarnego prezydenckiego telefonu. O to też był kiedyś straszny raban i kompromitacja spiskowców bo nie jest osobne przenośne urządzenie tylko stały element prezydenckiego tupolewa.

A na koniec - też sądzę że nie wszystko jest tak do końca jasne, jak w każdej wielkiej strasznej katastrofie ale mam takie jakieś dziwne przeczucie że sprawa wyjasni się szybciej niż się niektórym wydaje. Nasi aktualni sojusznicy z za oceanu mają takie hobby że wszystko co się dzieje na świecie rejestrują.
I jak się wnerwią to pokażą co nagrali i sfotografowali z satelity.

Czy nikogo nie dziwi że służby US wyniośle milczą w tej sprawie, przecież w ich interesie nie leży obrona putinowców!
#9 | Ocalały z watahy dnia 06.11.2012 15:19
Kilka miesięcy temu opublikowałem informację o tym, że polscy śledczy w pierwszych godzinach po katastrofie smoleńskiej zostali odcięci od możliwości badania jej przyczyn.



Informacja stała się powodem do wielu ataków na autora i podważania wiarygodności tej relacji. Dziś publikuję w całości wpis człowieka, który tam był.

Kilka dni temu napisałem o zaskakujących zdarzeniach jakie miały miejsce z udziałem naszych śledczych na lotnisku Siewiernyj kilka godzin po katastrofie rządowego Tu 154. Dziś dodam do tego coś jeszcze.

Wieczorem 12 kwietnia 2010 roku kolejny raz uciąłem sobie pogawędkę z jednym z naszych ekspertów przybyłych z kraju aby badać okoliczności katastrofy. Powiem tylko, że był to wojskowy. Człowiek ten opowiedział mi szczegóły pewnego zdarzenia, którego był bezpośrednim uczestnikiem. Otóż, kiedy wraz z innymi członkami polskiej ekipy przekopywali się przez to, co zostało z Tu 154, jeden z naszych znalazł dokumenty Lecha Kaczyńskiego i, jak twierdził wojskowy, prezydencki telefon. Nie trzeba chyba tłumaczyć jak ważne było to znalezisko. Kiedy nasi próbowali zabezpieczyć przedmioty do akcji błyskawicznie wkroczyli Rosjanie. Kategorycznie zażądali oddania dokumentów i telefonu. Wywiązała się ostra dyskusja. Nasi nie mieli zamiaru niczego oddawać, przekonywali, że przedmioty należące do polskiego prezydenta są naszą własnością i powinny trafić w polskie ręce. Rosjanie nie ustępowali. Według relacji wojskowego, między Polakami i Rosjanami doszło do poważnego spięcia.W jego trakcie nikt nie przyszedł naszym ekspertom z pomocą. Nie myślę tu oczywiście o pomocy fizycznej a o dyplomatycznej. Nasi dyplomaci widocznie zajęci byli ważniejszymi sprawami. Ostatecznie Polacy, przymuszeni oddali wszystkie znalezione rzeczy.

Zbulwersowani działaniami Rosjan, jeszcze w Smoleńsku, polscy śledczy napisali pełen oburzenia list adresowany do swoich przełożonych. W liście poskarżyli się na to wszystko czego byli świadkami i uczestnikami. Opisali wszystko to o czym pisałem i ja. Według relacji wojskowego pismo na pewno adresowane było także do kancelarii premiera i do szefa ABW. I co, i …cisza. Ślad po tym piśmie powinien przecież gdzieś być.

Nie wiem po co Rosjanom dokumenty polskiego prezydenta (mogę tworzyć jakieś holywoodzkie scenariusze, ale nie ma to większego sensu)? Domyślam się natomiast dlaczego tak bardzo zależało im na jego telefonie.

Opisane zdarzenia oprócz tego, że bulwersuje daje asumpt do myślenia.

Skoro w pierwszych, niezwykle istotnych godzina po katastrofie polscy śledczy zamiast pracować tkwili zamknięci na lotnisku Siewiernyj a kiedy pozwolono im działać byli pod ciągłą „opieką „ Rosjan i gdy coś znajdywali, musieli przekazywać wszystko stronie rosyjskiej, to znaczy, że był to starannie zaplanowany i realizowany scenariusz wydarzeń. Ktoś zadecydował, że każdy, nawet najdrobniejszy przedmiot należący do każdej z osób podróżujących Tupolewem jest ważny i kiedyś może się przydać.Telefony, aparaty, laptopy, dokumenty, elektronika, wszystko to znalazło się w rękach rosyjskich służb. (Interesujące w tym temacie są także informacje o ingerencji w karty aparatów fotograficznych).

Na wszelkie zarzuty o jakość śledztwa strona rosyjska zazwyczaj odpowiada, mniej więcej tak: Skoro samolot rozbił sie na rosyjskiej ziemi a postępowanie toczyło sie w oparciu o konwencje chickagowską, to własnie my jesteśmy jego gospodarzem i my ustalamy zasady. Takie ujęcie sprawy jest oczywiście bardzo wygodne. Z opisanej przeze mnie sytuacji jasno jednak wynika, że w pierwszych dniach po katastrofie nie chodziło o żadne procedury a o to aby uchwycić w ręku wszystkie sznurki.

Domyślam się, że takich sytuacji było więcej. Rosjanie mieli więc absolutną kontrolę nad naszymi działaniami.Polskim służbom obecnym na lotnisku Siewiernyj po prostu skrępowano ręce. Obserwując to co dziś dzieje sie w tym temacie, odnoszę wrażenie, że ktoś sprawnie pociąga za sznurki, które kiedyś pochwycił.

p.s. Rosyjskie gazety grzmią. Co dzieje się w tej Polsce?! Znów awantura, znów o zamachu, znów Kaczyński!

Autor: Przemek Wojciechowskio 05:01
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?