Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak


Ewa Błasik: "Całe sztaby pracują, by wmówić ludziom winę lotników"

Pani Ewa Blasik – wdowa po generale Andrzeju Blasiku – w zwiazku z Oswiadczeniem Prokuratury udzielila wywiadu tygodnikowi “W sieci”:

Prokuratura wojskowa stwierdziła, że gen. Andrzej Błasik był tylko jednym z pasażerów TU-154M i nie wywierał jakiegokolwiek wpływu na pracę załogi. Czy według pani ta decyzja ostatecznie zamyka usta tym, którzy próbują oskarżać generała o rzekome naciski?
Ona przecina wszelkie spekulacje o winie mojego męża. Powinna raz na zawsze zakończyć te pomówienia.





Długo musiała pani o to walczyć.
Ale nigdy nie zwątpiłam. Choć każdego dnia zastanawiałam się, jak można było dopuścić do takiego szkalowania nieżyjącego Dowódcę Sił Powietrznych i pozostawienia mnie samej z jego obroną. To dowód na niedojrzałość i tchórzostwo przełożonych mojego męża, mam tu na myśli również Zwierzchnika Sił Zbrojnych i Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Mało kto wie, że przez blisko trzy lata na własną rękę starała się pani zbierać i przekazywać prokuraturze dowody na kłamliwe obarczanie męża odpowiedzialnością za tragedię.
Jestem jednym ze świadków w tej sprawie. To ja z Andrzejem najczęściej podróżowałam. Wiem, jak on i inni generałowie mogli się zachowywać. Dlatego jego niewinność była dla mnie od początku oczywista, ale musiałam czekać na oficjalne jej potwierdzenie. Cieszę się, że mogłam wielokrotnie zeznawać.

Rozmawiała pani też z pilotami, podwładnymi generała, psychologami lotniczymi, docierała do osób, które go znały i mogły pomóc. Czy na którymś z etapów spotkała się pani z jakimiś trudnościami? Czy ktoś odmówił?
Nigdy nie doszłoby do pozostawienia mnie samej sobie, gdyby nie było zakazu wydanego przez następcę mojego męża. Robił wiele, by Andrzeja obwinić. Wiem, że szukał dokumentów świadczących, że Andrzej nie dbał o bezpieczeństwo, oczywiście niczego nie znalazł. Wiecznie z nim walczył, utrudniał dowodzenie. Po trupach, w końcu objął to wymarzone stanowisko Dowódcy Sił Powietrznych. Wszyscy uczciwi żołnierze od razu chcieli stanąć w obronie swojego dowódcy. Ale gen. broni Lech Majewski pod groźbą utraty stanowisk zabronił jakiejkolwiek obrony. Na szczęście nie wszyscy dali się zastraszyć.

Oświadczenie prokuratury powinno zamknąć usta wszystkim oczerniającym generała Błasika, ale tak się nie stało. Przykładem jest Leszek Miller. W programie „Kawa na ławę” Bogdana Rymanowskiego, już po decyzji śledczych, wrócił do tezy o naciskach.
Zastanawiające jest to nadgorliwe zaangażowanie premiera Millera w propagowanie kłamstw raportu MAK. Jeśli ktoś wbrew oczywistym faktom i oficjalnym dokumentom lansuje absurdalne teorie służb obcego mocarstwa, musi liczyć się z tym, że usłyszy pytania: komu służy? Czy robi to bezinteresownie? I kim naprawdę jest?

Szef SLD stwierdził, że fakt złożenia przez Dowódcę Sił Powietrznych meldunku prezydentowi przed odlotem „potwierdza, że to właśnie gen. Błasik przejął dowodzenie nad tym samolotem”.
To absurd, a jednocześnie kłamstwo. Świadkowie obecni na płycie lotniska tego dnia zeznali, że Andrzej witał prezydenta wspólnie z kpt. Protasiukiem. Ponadto meldunek – zgodny z ceremoniałem wojskowym – dotyczył jedynie gotowości do startu. Nie ma to nic wspólnego z przejęciem dowodzenia, jak insynuuje pan Miller. Mąż był gospodarzem wojskowej części lotniska, najwyższy stopniem i wypadało, aby razem z dowódcą załogi należycie przywitał głowę państwa. Miał rozsiąść się w fotelu i zlekceważyć Zwierzchnika Sił Zbrojnych? Gdyby to pan Miller był prezydentem, mój mąż powitałby go równie godnie.

Za życia generała lewicowy premier nie miał do niego zastrzeżeń.
Wręcz przeciwnie –Premier Leszek Miller i jego rząd, ze śp. Ministrem Jerzym Szmajdzińskim na czele, byli pełni uznania dla Andrzeja. Doceniali go tak bardzo, że z roku na rok powierzali mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania i stanowiska. Pan Miller doskonale wie, jak wartościowym generałem dla Polski i NATO był mój mąż. Tym bardziej haniebne jest bezpodstawne szkalowanie go po śmierci.

Nie pierwszy raz Miller atakuje gen. Błasika. Kilka dni po raporcie MAK pisał – za Anodiną – że 0,6 promila „oznacza już stan nietrzeźwości z obniżonym poziomem samokontroli, percepcji i błędną oceną własnych możliwości”.
Konsekwentnie atakował polskich lotników, stając po stronie Rosjan. Zupełnie tego nie rozumiem Powiedział kiedyś, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. Pan Miller rozpoczął swoją działalność w wolnej Polsce fatalnie, bo od moskiewskiej pożyczki. Po tym, w jak prymitywny sposób atakuje po śmierci niewinnego, polskiego oficera, wygląda na to, że skończy jeszcze gorzej niż zaczął. Jeden Miller wart jest drugiego.

Pojawiło się też w jego ustach popularne w pewnych kręgach stwierdzenie, że sama obecność gen. Błasika na pokładzie oddziaływała na załogę.
To już groteska! Idąc tym tropem, należałoby zakazać dowódcom podróżowania z podwładnymi. Pan Miller uczestniczył w katastrofie śmigłowca. Trzeba zapytać, czy jego stanowisko jest efektem tamtych doświadczeń i czy on sam był elementem presji wywieranej na dowódcę statku powietrznego? Zapewniam go, iż uczciwi lotnicy twierdzą również w prokuraturze, że mój mąż zawsze był dla nich wsparciem, a nie obciążeniem. Zawsze zdecydowanie bronił stanowiska pilotów, również stanął w obronie majora Grzegorza Pietruczuka w 2008r. po powrocie z Gruzji.

Czy w ciągu tych trzech lat ktoś z władz, komisji rządowej panią przeprosił?
Nie oczekuję od tych ludzi żadnych przeprosin, bo to nie mnie obrażono. Czekam na sprostowanie raportu, na jakiś aneks wymazujący tę wydumaną winę mojego męża. To, co zrobiła komisja i akredytowany Klich, jest niewyobrażalnym skandalem. Chcę, by Andrzej został zrehabilitowany w Polsce i na arenie międzynarodowej. Nie zasłużył na to, co go spotkało po śmierci.

Sądząc po tym, co dziś mówią Maciej Lasek i jego koledzy, nie zanosi się na taką rehabilitację. W zasadzie powtarzają, że z kontekstu można wnioskować, iż generał był w kokpicie.
Cóż, muszą liczyć się z tym, że obecność Andrzeja w kabinie pilotów będą musieli udowodnić przed sądem. Mój mąż całym sobą z pasją służył Siłom Powietrznym i Polsce, dzięki temu cieszył się ogromnym szacunkiem w lotniczym świecie. I teraz oni wszyscy, przede wszystkim jego żołnierze oczekują od władz zwrócenia należnej mu czci.

Na razie przyczynia się do tego prokuratura. Najpierw ekspertyzą sprzed roku, kiedy zakwestionowała obecność generała w kokpicie, a teraz oświadczeniem wykluczającym jakikolwiek jego wpływ na załogę. Kolejne informacje ze śledztwa sprawiają, że dokument rządowej komisji klocek po klocku się rozsypuje.
To nie jest zaskoczenie. Od wielu lat żyję w środowisku lotników i wiem, w jaki sposób badane są katastrofy, jak łatwo obwinia się nieżyjących. To norma, wręcz tradycja Układu Warszawskiego. Dlatego cieszę się, że opinia publiczna mogła zapoznać się z tym raportem. Nie dziwi mnie, że z jednej strony punktuje go prokuratura, a z drugiej uczeni poświęcający swój czas, pieniądze, ryzykujący pozycję naukową. Teraz nie ulega już wątpliwości, w jak skandaliczny sposób komisja potraktowała badanie tragedii smoleńskiej, jak zaniechała wielu kluczowych czynności.

Albo pozwalała sobie na domysły.
I dalej to robi! Pan pułkownik Grochowski zademonstrował to w czasie niedawnego spotkania w „Gazecie Wyborczej”. Na pytanie mojego pełnomocnika, na jakiej podstawie stwierdzono obecność gen. Błasika w kokpicie odpowiedział, że nawigator wypowiedział słowa „wchodzą generałowie”. Chciał naiwnie oszukać publiczność, która natychmiast zaprotestowała przypominając, że pada tylko jedno słowo: „generałowie”, bez jakiegokolwiek innego, bez kontekstu. Członkowie komisji usłyszeli na czarnej skrzynce to, co chcieli usłyszeć. W tzw. ”kontekście sytuacyjnym” wyrazili to, co oni zrobili by na miejscu mojego męża. No cóż, każdy mierzy swoją miarą. Z takim podejściem można pisać tragikomedie, ale na pewno nie raporty po katastrofach lotniczych.

Teraz, gdy są wzywani do debaty z niezależnymi badaczami, dezerterują. Stawiają warunek: żadnych kamer.
Maciej Lasek mówi o możliwości wypracowania jakiegoś wspólnego stanowiska. To śmieszne. Już jedno takie bez kamer wypracowali – w Moskwie. Ich plan od początku zakładał obarczenie winą nieżyjących. Chodziło o to, by nikomu z badających nie spadł włos z głowy. Wielu z nich było sędziami we własnej sprawie. Pułkownik Grochowski kładł mojemu mężowi na biurko pokontrolne raporty dotyczące 36. pułku, z wysokimi ocenami! Skąd więc Andrzej miał mieć wiedzę, że coś jest nie tak?

Minęły 34 miesiące. Co według pani stało się w Smoleńsku? Bardzo chciałabym wiedzieć. Nie chcę spekul, wolę poczekać na fakty, choć wiem, jak trudno będzie je udowodnić. Dziwię się polskim władzom, że tak bardzo zaufały Rosji, kiedy gołym okiem widać, że winy trzeba szukać po tamtej stronie. I wracać do podstawowych pytań: dlaczego nie zamknięto lotniska, dlaczego pozostawiono załogę samej sobie, dlaczego kontrolerzy okłamywali pilotów? Za dużo jest matactw, zacierania śladów. Skoro wszystko jest takie proste i można obarczyć winą Polaków, dlaczego Rosja nie chce oddać tego wraku? I kpi sobie – przede wszystkim z naszego rządu, któremu nie zależy na prawdzie i wykorzystaniu wszystkich instrumentów.

Np. komisji międzynarodowej?
Między innymi. Po śmierci całego naszego dowództwa i Zwierzchnika Sił Zbrojnych najwyżsi generałowie NATO byli gotowi nas wspierać. Wiem to z bezpośredniej rozmowy – m.in. od Dowódcy amerykańskich Sił Powietrznych w Europie. Oni nie są w stanie zrozumieć postawy polskich władz.

Zastanawia się pani czasem, jak zachowałby się po katastrofie gen. Błasik, gdyby nie znalazł się na pokładzie tego samolotu?
Andrzej nie pozwoliłby na taką bezczelność. Broniłby honoru i godności żołnierzy. Nie byłoby możliwe tak łatwe oskarżanie pilotów i te propagandowe przedstawienia. Konferencja premiera z szefem MON, rozwiązanie 36. pułku to czysty PR. Całe sztaby pracują, by wmówić ludziom winę lotników. Ministerstwo twierdziło, że nie wiedziało o problemach lotnictwa, bo nie był informowane. To kłamstwo! Rzeczpospolita publikowała dokumenty dowodzące, że mój mąż nie tylko meldował o wszystkim ministrowi, ale o sytuacji w Siłach Powietrznych, a zwłaszcza w specpułku chciał też zawiadomić premiera Tuska.

Czy może pani dziś powiedzieć, że czas choć trochę leczy rany?
Nie miałam możliwości przejść tej żałoby tak, jak powinnam. Dopiero teraz mogę zacząć układać na nowo cały świat, który w jednej minucie został brutalnie zburzony. Ta ciągła walka o prawdę wreszcie przynosi jakiś skutek. Do niedawna jeszcze nie miałam odwagi patrzeć mężowi w oczy (wskazuje na portret wiszący na ścianie, prezent od amerykańskiego gen. Rogera Brady’ego – red.). Czułam na sobie ogromny ciężar. A dookoła było tylu kłamców – Rosjanie, niestety również Polacy, media, politycy.

Mówi pani czasem za św. Faustyną, że „prawda nosi koronę cierniową”.
I tak jest. Cierpieliśmy z dziećmi potwornie. Ale nie załamaliśmy się. Jestem żoną prawdziwego oficera z krwi i kości, dumnego polskiego żołnierza. Znałam go doskonale i nie mogłam godzić się na oczernianie go. Dziś wiemy, że to ja miałam rację. Choć uwolnienie od oskarżeń Andrzeja to dopiero pierwszy etap w walce o prawdę na temat katastrofy.

W ostatnim czasie zapewne przybyło w pani wiary w jej wyświetlenie?
Zdecydowanie. Choć żałuję, że kluczową rolę wciąż gra w tej sprawie tak arogancka ekipa. Nie szanują zwykłych ludzi, nie szanują wojska, są zadufani w sobie. Gdyby mieli choć trochę serca i odwagi, zneutralizowaliby niejedno kłamstwo. Jak choćby to o alkoholu.

To było możliwe?
Oczywiście. Od jednej z rodzin w grudniu 2010 r. usłyszałam, że następnym ciosem w mojego męża ze strony Rosjan będzie alkohol. Nie wierzyłam, że do takich oszczerstw się posuną. Mój mąż ostatni raz, w niewielkich ilościach pił alkohol w święta Wielkanocne. Tak też zeznałam w prokuraturze .Żadnemu, polskiemu generałowi na pokładzie tego samolotu nie przyszłoby do głowy ,aby to zrobić. Oni wszyscy chcieli jak najgodniej uczcić pamięć pomordowanych polskich oficerów. Bardzo dobrze znałam ich zachowania, przyzwyczajenia i ręczę za nich swoim honorem. Mam Andrzeja Kodeks Honorowy Żołnierza Zawodowego Wojska Polskiego. Otwiera go motto z marszałka Piłsudskiego: „Honor służby jest jak sztandar, z którym żołnierz rozstaje się wraz z życiem”. Takiej klasy- honor charakteryzował wszystkich, poległych pod Smoleńskiem naszych generałów.



źródło: http://www.jvlradio.com/porady/?p=49




Autor: Redakcja | 16/03/2013
Komentarze
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?