Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Ankieta
Czy poznamy prawdę o Katastrofie Smoleńskiej?

tak

nie

trudno powiedzieć


Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak

Matka Boża z Guadalupe


Zginął zabity przez milicjanta strzałem w tył głowy. Śledztwo umorzono

Chciałabym, żeby syn odzyskał dobre imię. Był porządnym człowiekiem, ciężko pracował. A kim jest ten milicjant, który strzelił mu prosto w głowę? - zapyta wkrótce przed sądem matka Ryszarda Anusa. Pisze o tym red. Grażyna Kuźnik w Dzienniku Zachodnim. IPN skierował sprawę śmierci Ryszarda Anusa do sądu.



Matka zabitego przez milicjanta strzałem w tył głowy 21-letniego chłopaka doprowadziła w końcu do tego, że sprawą zajmie się Sąd Okręgowy w Katowicach. Ryszard Anus zginął w styczniu 1982 roku, w drugim miesiącu stanu wojennego. Zastrzelił go kierowca radiowozu, przeszkolony w ZOMO milicjant z IV komisariatu. Nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności, dostał nawet nagrodę. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach postarała się, żeby wyjaśnianie zagadki tej śmierci jak najszybciej umorzyć. Zakazała pisać o niej prasie. Sfałszowała wyniki sekcji; zataiła, że strzał oddano z bardzo bliska. Dzisiaj prokuratorzy wojskowi twierdzą, że w ogóle tej sprawy nie pamiętają.



- Milicjant wykonał egzekucję na moim synu. Przyłożył mu pistolet do głowy i zabił. Potem wszystkie instytucje chciały, żebym o tym zapomniała. Ale ja obiecałam synowi, że odzyska dobre imię. Zrobiono z niego złodzieja, a z zabójcy bohatera - mówi Stefania Kaputa.



Milicja twierdziła, że chłopak okradł podpitego górnika, który potem z dwoma funkcjonariuszami wsiadł do radiowozu i szukał sprawcy. Zauważyli przechodnia - górnik go nie rozpoznał, ale milicjanci go zatrzymali. Chłopak nie uciekał, podał spokojnie dowód osobisty. W środku była legitymacja Solidarności. Wtedy górnik krzyknął, że to on. Ryszard Anus przestraszył się trzech mężczyzn w radiowozie i zaczął uciekać w stronę szkoły. Kierowca radiowozu Tadeusz D., rzucił się za nim w pogoń. Zaczął strzelać.



Nikt oprócz niego nie wie, co działo się dalej. Tadeusz D. zeznał, że chłopak nie bał się broni, nagle zaczął bić milicjanta pięściami aż do krwi. Milicjant dalej strzelał, teraz w obronie własnej. A gdy napastnik znowu zaczął uciekać, to strzelał na postrach, z dużej odległości. Niestety, trafił go w głowę. Strzał był śmiertelny. Rozgłoszono, że dzielny milicjant zabił uciekającego groźnego przestępcę.



Matka Ryszarda Anusa przez lata walczyła o to, żeby sprawa trafiła do sądu. Zwracała się wielokrotnie do resortu sprawiedliwości, do prokuratury. Słyszała, że nie ma szans na zmianę decyzji, że musi zapomnieć. W końcu jednak uparta matka trafiła do Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach. Tutaj zbadano sprawę jeszcze raz, przesłuchano świadków, wyniki sekcji zwłok przeanalizowali wybitni specjaliści. Górnik nie pamiętał, żeby mu zwracano pieniądze rzekomo ukradzione przez chłopaka. Nie widział, podobnie jak drugi milicjant, żadnych śladów pobicia u Tadeusza D.



Zakład Medycyny Sądowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego jeszcze raz wykonał ekspertyzę. Prof. Władysław Nasiłowski ustalił, że strzał oddano z kilku lub kilkunastu centymetrów.



Tadeusz D. żyje spokojnie w rodzinnej wsi. Wkrótce po raz pierwszy stanie przed sądem, żeby przywołać wydarzenia sprzed 28 lat. Podobno jest tym zszokowany.




Matki nie są od zapominania



Stefania Kaputa mieszka dzisiaj w tym samym domu, w którym urodziła Ryśka i gdzie widziała go po raz ostatni; w Sosnowcu, przy jednej z głównych ulic. Kiedy wychodził stąd 27 stycznia 1982 roku zatrzymał się na chwilę i powiedział: - Spokojnie, mama, ja na pewno wrócę. Spojrzała na niego; ładny chłopak, ale już mężczyzna, skończył 21 lat. Szedł do dziewczyny. Nie martwiła się, kiedy nie wrócił na noc. Drugi miesiąc trwał stan wojenny, nocą po ciemku lepiej nie chodzić. Ale Rysiek był dorosły, pracował.



Pomyślała, że ma kłopoty, gdy w południe wtargnęli do mieszkania milicjanci i zrobili rewizję w jego pokoju. Bez słowa zabrali zegarek. Potem wrócili. Oddali zegarek. Jeden z nich odezwał się: - Nie kradziony. Aha, a pani syn został zastrzelony na ulicy. Uciekał przed milicją.



Po 28 latach sprawa trafiła w końcu do Sądu Okręgowego w Katowicach. Akt oskarżenia przygotował katowicki oddział Instytutu Pamięci Narodowej.



Zrobił egzekucję



Stefania przez te lata nawet za bardzo się nie postarzała. Nadal jest silna, mocnej budowy, patrzy prosto w oczy. Uparta. Sama wychowała trzech synów. Mieli przed nią respekt. Starszy Andrzej, górnik, dzisiaj na emeryturze. Rysiek dostał pracę w Milmecie, w fabryce łożysk tocznych. Oddawał całą pensję matce; wiedział bez gadania, że tak trzeba. Grzesiek miał wtedy osiem lat. Trzymała ich krótko, żeby na ludzi wyszli. I dawała sobie radę, aż do tamtego styczniowego dnia.



- Harowałam ciężko na dzieci. I ledwo mi syn wyrósł, jakiś drań przykłada mu broń do głowy i zabija na ulicy? Zrobił sobie egzekucję. A potem myśleli, że matka o tym zapomni. Może z żalu umarła? I tej śmierci nie trzeba będzie wyjaśniać. Ale ja żyję i nie zapomniałam - mówi twardo Stefania.



Ani przez chwilę nie przestała wierzyć, że prawda wyjdzie na jaw. Kiedy Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach jak najszybciej umorzyła sprawę "nie dopatrując się przekroczenia uprawnień przez milicjanta w zakresie użycia broni palnej", rozpoczęła czekanie. Co jakiś czas pisała do władz, domagając się odpowiedzi na pytania; dlaczego zginął jej syn, nigdy nie karany i uczciwie pracujący? Czemu dwa razy wykonano mu sekcję? Dlaczego przyjęto tylko wersję funkcjonariusza? Bez echa.



Po zmianie ustroju pojawiła się nadzieja. Ale w 1990 roku sosnowiecka prokuratura nie chciała wracać do sprawy. Odpisała, że nowego śledztwa nie będzie, bo nie ma nowych wątków. Nic nie robiła, żeby zdobyć nowe fakty; nie zlecono żadnych badań ani przesłuchań. Matka się skarżyła: "Rozumiem lata przeszłe, ale dziś?"



- Pani prokurator pouczyła mnie, że minęło tyle lat i czas zapomnieć, wybaczyć. Nie wybaczę - mówi Stefania.



Rysiek: 1,87 cm wzrostu, tak pięknie śmignął w górę. Blondyn, głowa w lokach. Dumna była z tych loczków. Po umyciu włosy miał tak puszyste jak panna. I później, gdy go do grobu umyli, to włosy nie chciały się do trumny zmieścić. Układała je, gładziła. Matki nie są od zapominania.



On czy nie on



27 stycznia 1982 roku Rysiek Anus dostał premię. Zaprosił dwóch kolegów i we trzech wypili pół litra w domu. Stefania znała chłopaków, a poza tym Rysiek cieszył się z gotówki - premii nie oddawał matce. Po południu wybrał się do dziewczyny, która mieszkała w innej dzielnicy, na Niwce. Przed ósmą od niej wyszedł, do godziny milicyjnej było jeszcze trochę czasu.



Tego dnia górnik Bogdan K. popołudnie spędził w barze "Wygoda", gdzie coś wypił. Kiedy wracał do domu, na ulicy Wojska Polskiego napadł go jakiś mężczyzna. Zeznał później: "Widziałem go tylko przez chwilę. Miał blond włosy. Na ulicy było ciemno". Zgłosił napad do IV komisariatu; dwóch milicjantów natychmiast wzięło go do radiowozu, żeby poszukać sprawcy w okolicy.



37-letni Tadeusz D. był milicyjnym kierowcą, skończył zawodówkę i szkolenie ZOMO, przyjechał do Zagłębia z Podlasia. To on prowadził radiowóz, gdy drugi funkcjonariusz Krzysztof D. z górnikiem wypatrywali podejrzanych. Ludzi było mało, godzina milicyjna coraz bliżej.



Nagle zobaczyli wysokiego, młodego mężczyznę na ulicy Wojska Polskiego. Przechodzień szedł normalnym krokiem, a nawet myśląc, że to taksówka, próbował zatrzymać milicjantów. Górnik go wtedy nie rozpoznał.



- Nie uciekał - przyznał później Krzysztof D.



Kazali mu się wylegitymować. Pokazał dowód osobisty, a w środku była legitymacja z Solidarności zakładowej, w której działał. Matka twierdzi, że tam ją trzymał. Noc, milicja, legitymacja i okrzyk Bogdana K. :"To on!". Chłopak rzucił się do ucieczki. Biegł w stronę pobliskiej szkoły.



Bogdan K. nie wie, czy to na pewno był rabuś. Nie pamięta, czy oddawano mu jakieś skradzione rzeczy, zabrane temu chłopakowi, w tym zegarek. Jego zeznania od początku były milicji bardzo nie na rękę. Prokurator wojskowy Stanisław Żak nie wziął ich w ogóle pod uwagę. Po prostu napisał umarzając sprawę: "Zeznania Bogdana K. nie przedstawiają większej wartości".



Bo tak okradziony górnik, jak i drugi funkcjonariusz widzieli i słyszeli co innego, niż milicyjny kierowca, który z bronią w ręku rzucił się w pogoń za chłopakiem.



Nastąpił postrzał czaszki



Tadeusz D. stwierdził, że osobnik zaczął uciekać na teren szkoły, więc pobiegł za nim krzycząc, "stój, milicja!" i "stój, bo strzelam!" Oddawał też strzały ostrzegawcze. Mężczyzna nie bał się jednak pistoletu P-64, bo w pewnej chwili odwrócił się i zaczął go okładać pięściami po głowie, bił go aż do krwi, powalił na ziemię . Wtedy Tadeusz D. znowu strzelił w powietrze. Szamotali się, napastnik znowu zaczął biec, a on za nim, strzelając tak, by nie trafić. Jednak ostatni strzał, ze sporej odległości, okazał się śmiertelny.



Dlaczego nie użył pałki gumowej czy ręcznego miotacza gazu, tylko pistoletu? Nie wziął pałki, bo by mu przeszkadzała w pogoni. A miotacz był niesprawny technicznie.



Prokurator Żak uznał wersję Tadeusza D. za prawdziwą; przecież nikt inny nie widział, co się stało. Drugi uczestnik nie żył. Co prawda górnik Bogdan K. zeznał, że żadnych krzyków ostrzegających nie słyszał, a tylko same strzały. Potem zobaczył Tadeusza D. bez obrażeń na twarzy, "jedynie był zdenerwowany". Nie słyszał też żadnej szamotaniny. Zdziwił się, kiedy na komisariacie okazało się, że Tadeusz D. ma jednak ślady pobicia na twarzy. "Nie potrafię tego wyjaśnić" - podał do protokołu.



Drugi funkcjonariusz zeznał, że słyszał krzyk "stój, milicja". Po chwili goniony mężczyzna wyszedł z mroku wprost na niego i upadł przy jego butach, brocząc krwią. Tadeusz D. jeszcze do niego doskoczył, ale Krzysztof D. powstrzymał go, mówiąc, żeby dał spokój. Ten milicjant też nie słyszał odgłosów walki.



Przeprowadzono sekcję zwłok. Prokuratura wojskowa przyznaje, że nastąpił "postrzał czaszki z raną wlotową w lewej okolicy podpotylicznej. Strzał oddany został ze względnie bliskiej odległości". Prokurator zinterpretował, że strzał nastąpił w trakcie pogoni, z odległości co najmniej 20 metrów.



Zakład Medycyny Sądowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego jeszcze raz wykonał ekspertyzę. Prof. Władysław Nasiłowski ustalił, że strzał oddano z bardzo bliskiej odległości - z kilku lub kilkunastu centymetrów. Według specjalistów "opis zdarzenia zawarty w aktach umorzenia nie odpowiada wynikowi sekcji zwłok, szczególnie w zakresie odległości strzału".



Dzisiaj prokurator Stanisław Żak w ogóle nie pamięta sprawy zastrzelonego chłopaka, dlatego nie może dodać niczego nowego.



Akt oskarżenia IPN stwierdza, że "skoro Tadeusz D. strzelił pokrzywdzonemu w tył głowy z bardzo bliska, to niewątpliwie wiedział, co będzie efektem jego zachowania. Tym bardziej, że jako funkcjonariusz MO był obeznany z bronią." To świadczy o zamiarze bezpośredniego zabójstwa.



Termin rozprawy nie jest jeszcze wyznaczony. Tadeusz D. mieszka dzisiaj w swoich rodzinnych stronach, dawno temu przeszedł na emeryturę. Jego byli koledzy nie mają z nim kontaktu. Z opinii sporządzonej w jego miejscowości wynika, że żyje cicho, w gronie rodzinnym i wiadomość o powrocie do sprawy zastrzelonego Ryszarda Anusa spadła na niego jak grom z jasnego nieba.



O nim samym byli milicjanci nie mają zdania. Nie wyróżniał się niczym. Żadnych awansów się nie dochrapał, chociaż podobno dostał premię za doznane przykrości. Ta informacja szybko dotarła do matki Ryśka. Ludzie donieśli, że za jej syna milicjant dostał od przełożonych 150 tys. ówczesnych złotych.



Chwalono go też w gazetach. "Trybuna Robotnicza" wydrukowała tekst pod tytułem "Śmierć sprawcy rozboju", w którym sugeruje, że złodzieje muszą być surowo karani, sami proszą się o to, żeby dzielni milicjanci do nich strzelali. Zareagowała ostro prokuratura wojskowa. Nie chodziło o tezę, ale o to, że gazeta w ogóle podała informację o zabiciu chłopaka.



- Chciałabym, żeby syn odzyskał dobre imię. Nie był przestępcą, ciężko pracował. W tym dniu miał własne pieniądze z premii, po jego śmierci razem z ubraniami oddano mi ponad 300 zł. Gdyby ukradł, to nic by mi nie oddano. Mój syn był porządnym człowiekiem. A kim jest ten milicjant? - pyta Stefania Kaputa.



Kiedy poszła pożegnać się z synem, przyjął ją przerażony pracownik kostnicy. Nie mógł zamknąć zmarłemu oczu. Matka objęła syna, powiedziała, że wie, co się stało. Niczego nie ukradł. Obiecała mu sprawiedliwość i prawdę, niech będzie spokojny. I wtedy jej syn zamknął oczy.


red. Grażyna Kuźnik, Dziennik Zachodni



Autor: Redakcja | 17/01/2010
Komentarze
#1 | Jarek dnia 19.01.2010 10:56
Prośba do redakcji,aby informowała o datach tej rozprawy przed sądem.
#2 | Jarek dnia 18.01.2010 18:47
Pamiętam to zdarzeenie.Pracowałem wówczas na Kopalni Modrzejów.Chłopaka zastrzelił wyjątkowy kanalia, znała go cała dzielnica,był to cyniczny i bezwzględny łobuz.Po stanie wojennym zniknął.
Każdy wiedział że była to egzekucja,jednak ludzie bali się o tym mówić.Dobrze że ta sprawa ujżała światło dzienne,może matka doczeka się sprawiedliwości.
#3 | ludek dnia 18.01.2010 18:23
Ślady po miejscach zbrodni komunistycznych znikają. Zapraszamy uczniów, studentów, samorządowców, kombatantów do pomocy w dokumentowaniu takich miejsc. Niech miejsca te zostaną na powrót odkryte dla lokalnych społeczności jako miejsca pamięci.

Pojęcie zbrodni komunistycznych na stałe zostało wprowadzone do polskiego prawodawstwa dopiero w 1998 r.
Na mocy uchwalonej 18 grudnia ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej r11; Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (w artykule 39) sprecyzowano, iż zbrodniami tymi są: rczyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od dnia 17 września 1939 r. do dnia 31 lipca 1990 r., polegające na stosowaniu represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności, bądź w związku z ich stosowaniem, stanowiące przestępstwa według polskiej ustawy karnej obowiązującej w czasie ich popełnieniar1;.
/www.slady.ipn.gov.pl/
#4 | anonim dnia 18.01.2010 05:32
mniej cynizmu, więcej kultury panowie!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.




Przenajświętsze Oblicze

Święty Brat Albert Chmielowski

Klub Gazety Polskiej w Sosnowcu

Wierszyna - Mała Polska na Syberii

Święty Szarbel Makhlouf

Starsze newsy

Arcybiskup Jan Cieplak

Kategorie newsów
     Rycerze Kolumba
     Wydarzenia
     Z ratusza
     Polityka
     Sport
     Gospodarka
     Kultura
     Rozrywka
     Z prasy, z netu
     Felietony Krzysztofa Korna
     Do redakcji

Rycerze Kolumba Sosnowiec

Chór Katedralny LUTNIA - Sosnowiec

Ks. Michael McGivney