Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Ankieta
Czy poznamy prawdę o Katastrofie Smoleńskiej?

tak

nie

trudno powiedzieć


Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak


W Warszawie takich ulic nie znaleziemy!

Ulic Władysława Kniewskiego, Henryka Rutkowskiego i Władysława Hibnera nie znajdziemy na obecnej mapie Warszawy. Najmłodsi mieszkańcy polskiej stolicy mogą nawet nie wiedzieć, że w ich mieście takie ulice w ogóle istniały.



Jednak już nieco starsi (powiedzmy, 30-letni) warszawiacy doskonale zapewne ulice te pamiętają, a jeszcze starsi wiedzą, że ulice te nazywały się niegdyś tak samo, jak obecnie – Złota, Chmielna i Zgoda.



Kim jednak byli owi Kniewski, Rutkowski i Hibner i co takiego zrobili, że w 1950 r. stołeczne władze postanowiły uhonorować ich, zmieniając w tym celu dawne, zakorzenione w świadomości pokoleń warszawiaków, nazwy trzech stołecznych ulic?



Jak w filmie



Wydarzenia, jakie przyczyniły się do tego, że dawniejszym ulicom Złotej, Chmielnej i Zgoda nadano nazwy Kniewskiego, Rutkowskiego i Hibnera, miały miejsce 17 lipca 1925 r. Tego dnia w śródmieściu Warszawy rozegrały się sceny niczym z gangsterskiego filmu. Tyle tylko, że nie był to film.



Wszystko zaczęło się przed godziną 11 na ulicy Zgoda. Przed witryną znajdującego się pod numerem 1 banku stało trzech młodych, ubranych w podniszczone ubrania i obszerne kaszkiety, mężczyzn. Byli to działacze Związku Młodzieży Komunistycznej i Komunistycznej Partii Robotniczej Polski – Henryk Rutkowski (lat 22), Władysław Kniewski (lat 23) i 32 letni Władysław Hibner.



Znaleźli się tam oni nie przypadkowo. Dwaj pierwsi z nich podczas Okręgowej Konferencji Związku Młodzieży Komunistycznej zgłosili się na ochotnika do likwidacji Józefa Cechowskiego – policyjnego konfidenta w ruchu komunistycznym, który jako najprawdopodobniej fałszywy świadek odegrał kluczową rolę w głośnym procesie w sprawie tragicznej w skutkach eksplozji, do jakiej 13 października 1923 r. doszło w Cytadeli Warszawskiej. Dowództwo nad pełnymi rewolucyjnego zapału, ale niedoświadczonymi jeszcze w bezpośrednich akcjach komunistami, powierzono znacznie bardziej wyrobionemu od nich Hibnerowi.



Fatalna próba wylegitymowania



Jasne jest więc, że wspomniani panowie spotkali się pod bankiem na ul. Zgoda 1 po to, by zabić Cechowskiego, gdy ten się tam pojawi. Zamiast policyjnego agenta pojawili się jednak dwaj wywiadowcy X Komisariatu Policji - Kazimierz Lesiński i Antoni Klimasiński, którzy, pomimo iż Kniewski, Rutkowski i Hibner nie robili nic, co wyglądałoby podejrzanie, postanowili ich wylegitymować.



Dla Kazimierza Lesińskiego próba wylegitymowania spiskowców skończyła się tragicznie. Poproszony o okazanie dokumentów Hibner zamiast dowodu osobistego wyciągnął z kieszeni pistolet marki „Browning” i z najbliższej odległości strzelił do niego, trafiając go w pierś i w lewe ramię. Rutkowski i Kniewski również oddali strzały, były one jednak niecelne. Śmiertelnie ranny Lesiński padł na ziemię, a zamachowcy rzucili się do ucieczki.



Leżał… i jeszcze strzelał



Kniewski popędził ulicą Bracką w kierunku ulicy Widok. Za nim pognali przechodnie i wywiadowca Klimasiński, który przed domem nr 7 powalił go strzałem w udo. Odniesiona poważna rana i związany z nią ogromny ból nie osłabiły jednak jego determinacji. Leżąc na bruku, Kniewski strzelił do konnego policjanta Igielskiego, zabijając jego wierzchowca. Pozbawiony konia Igielski zaczął się czołgać w stronę najbliższej bramy, podczas gdy wystrzeliwane przez Kniewskiego pociski uderzały w mur tuż nad jego głową. Zajęty ostrzeliwaniem Igielskiego zamachowiec nie zauważył jednak, że od tyłu zachodzi go Klimasiński wraz z innym policjantem. Wystarczyła krótka szarpanina, by słabnący z upływu krwi Kniewski został obezwładniony.



Strzelali, gdzie popadnie



Znacznie dłużej trwała ucieczka Rutkowskiego i Hibnera. Ścigani, podobnie jak Kniewski, przez dużą grupę przechodniów i policjantów, Rutkowski i Hibner pobiegli ulicami Chmielną, Marszałkowską i Złotą, gęsto ostrzeliwując się z Browningów. Ich ofiarą padły dwie osoby – student Aleksander Kempner, zastrzelony na ulicy Chmielnej i starszy posterunkowy Feliks Witman, którego kula dosięgła na rogu ulic Złotej i Twardej. Cztery inne zostały ciężko ranne.



Dramatyczny pościg zakończył się w składzie węgla w domu przy ulicy Żelaznej 21, gdzie schronili się zdesperowani zamachowcy. Do końca ostrzeliwujący się komuniści zdołali tam ciężko ranić pięciu policjantów, lecz sami, trafieni w nogi, zostali w końcu ujęci.



Jak zwykli kryminaliści



Za opisane wyczyny Kniewski, Rutkowski i Hibner zostali postawieni przed warszawskim Sądem Okręgowym i w trybie doraźnym skazani na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok taki zapadł, mimo iż wyroki śmierci za zbrodnie popełnione w wyniku motywacji o charakterze politycznym wykonywane były normalnie przez rozstrzelanie (w taki właśnie sposób stracony został zabójca pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza Eligiusz Niewiadomski). Strzelanie do przechodniów uznane zostało przez sąd za zwykły bandytyzm. Prezydent RP Stanisław Wojciechowski nie skorzystał z prawa łaski. 21 sierpnia 1925 r. – nieco ponad miesiąc po opisanych tu zdarzeniach – Kniewski, Rutkowski i Hibner zawiśli na szubienicy.



Męczennicy sprawy, czy zwykli bandyci?



Oficjalna propaganda, a także wydawnictwa encyklopedyczne okresu PRL przedstawiały Kniewskiego, Rutkowskiego i Hibnera jako męczenników idei, straconych za nieudany zamach na prowokatora. W świetle faktów jasne jest jednak, że zostali skazani nie za próbę zabicia faktycznie będącego policyjnym agentem Józefa Cechowskiego, lecz za czyny mające znamiona bandytyzmu, wskazujące na ich bezwzględność i nie liczenie się z ludzkim życiem. Niezależnie od tego, jak ustosunkowujemy się do zastosowania wobec nich kary śmierci (czy do kary śmierci w ogóle) oczywiste jest, że czynienie z nich patronów ulic było niedorzecznością. Dlatego ulice Kniewskiego, Rutkowskiego i Hibnera wróciły do dawnych nazw.



Bartłomiej Kozłowski, 2006



źródło: http://wiadomosci.polska.pl



Autor: Redakcja | 20/01/2010
Komentarze
#1 | anonim dnia 22.01.2010 11:14
ale są w Będzinie!
#2 | do miłosiernego katolika wieszjącego na drzewach dnia 21.01.2010 18:24
Jak widzę to raczej większośc komunistów wisi za biurkami w bankach, korporacjach, urzędach, dużych zakładach i ma się całkiem nieźle. Nie wspominam już o prywatnych bisnesmenach na własnych biznesach.
A do końca życia nie przestanę się dziwować ludzkiej mściwej mentalności niektórych. Sądzicie że gdy zamiast tablicy Kniewskiego, Rutkowskiego i Hibnera przybije się tam blachy z imonami nowych zasłużonych - to Ci pierwsi zniką tak z pamięci jak i z historii? To coś tak jak w przysłowiu - stłucz termometr a nie będziesz miał gorączki. Bywam w stolicy co tydzień, pracuje tam i mam rodzinę - zapewniam że młodzi i starzy warszawiacy dalej posługują się starym nazewnictwem, na pewno nie z sentymentu, raczej z przyzwyczajenia i nawyku.
W kilku krajach Europy spotkałem się z takim rozwiązaniem - gdy z różnych uzasadnionych przyczyn nastepuje zniana patrona ulicy, pozostawia sie dla potomnych tablicę ze starą byłą nazwą i odpowiednim opisem z czego wyniknęła zmiana patrona ( zdrajca, złodziej, oszust, morderca ). I to właśnie jest uszanowanie historii, nauka dla potomnych, przestroga na przyszłość aby usunięty idol kiedyś nie wrócił.
#3 | Komuniści to zdrajcy dnia 21.01.2010 16:40
Komuniści to nie Polacy, to zdrajcy. A na drzewach zamiast liści, wisieć będą komuniści.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.



Przenajświętsze Oblicze

Znajdź nas na Facebooku

Wierszyna - Mała Polska na Syberii

Święty Szarbel Makhlouf

Starsze newsy

Arcybiskup Jan Cieplak

Kategorie newsów
     Rycerze Kolumba
     Wydarzenia
     Z ratusza
     Polityka
     Sport
     Gospodarka
     Kultura
     Rozrywka
     Z prasy, z netu
     Felietony Krzysztofa Korna
     Do redakcji

Rycerze Kolumba Sosnowiec

Chór Katedralny LUTNIA - Sosnowiec

Ks. Michael McGivney