Czytanie na dziś

Święty Ojciec Pio

SosnowiecFakty na YouTube


SosnowiecFakty na twitterze


SosnowiecFakty na Google

Święty Michał Archanioł

Święty Jan Paweł II

Zagłębiowscy Święci


Gloria TV


WikiZagłębie


Św. Jakub Apostoł

Nawigacja
     Strona główna
     Galeria zdjęć
     Szukaj
     Linki
     Kategorie
     Regulamin Komentarzy
     Akceptacja plików cookies

Zajrzyj tutaj













Ks. prof. Włodzimierz Sedlak


Czy PRL będzie miała tysiąc lat?

Rzymski poeta Marcjalis pisał, że "być zdolnym do cieszenia się przeszłością, to jakby żyć dwa razy". Obserwując naszą przestrzeń publiczną, zachowania rozmaitych lokalnych społeczności czy też przeglądając program telewizyjny, można odnieść wrażenie, że ponad dwadzieścia lat od oficjalnego zerwania z PRL, ta ostatnia ma się dobrze. Wciąż żyje w świadomości wielu ludzi, jest bowiem przedmiotem ich tęsknot, jawiąc się jako okres, do którego z nostalgią się powraca.





Spójrzmy np. na telewizję publiczną, która ociera się o granice schizofrenii. Z jednej strony bowiem emituje - i chwała jej za to - w czasie najlepszej oglądalności bardzo potrzebny film o generale Wojciechu Jaruzelskim ("Towarzysz Generał"), a z drugiej - ta sama publiczna telewizja raczy nas po raz kolejny serialami "Czterej pancerni i pies" czy "Stawka większa niż życie". Wątki z biografii twórcy stanu wojennego wyraźnie świadczące o jego ścisłych związkach z Informacją Wojskową i Moskwą sąsiadują na antenie tego samego nadawcy z kilkudziesięciogodzinnym (jeśli liczyć czas emisji obu wymienionych seriali) gloryfikowaniem współpracy z "Centralą" [czyt. z Sowietami] i "bohaterską Armią Czerwoną".



Telewizyjny kołobłęd

Gdy przed kilkoma laty prezes TVP Bronisław Wildstein jako jedyny zdecydował się zrezygnować z emitowania reliktów PRL-owskiej propagandy, w gazetach pojawiały się głosy nie tylko go krytykujące, lecz także wprost ośmieszające tę decyzję. "Czyż telewizja nie ma poważniejszych spraw na głowie, by cenzurować teraz psa Szarika?" - drwiono. Jednak misja telewizji publicznej polega przecież na edukowaniu widza, a czyż może być ważniejsza sprawa niż edukacja historyczna społeczeństwa? Społeczeństwa systematycznie ograbianego przez "reformatorskie wysiłki" kolejnych włodarzy Ministerstwa Edukacji Narodowej z szans na odebranie przyzwoitej (choćby w wymiarze godzinowym) edukacji historycznej w szkole. W tej sytuacji wielu młodych ludzi uzna za prawdę historyczną sfilmowaną powieść Janusza Przymanowskiego (ech, któż dzisiaj pamięta przemówienia posła Przymanowskiego w sejmie PRL po 13 XII 1981 r.!). Będzie dla nich całkiem normalne, że pochodzący z polskiego Pomorza Janek Kos mile spędzał czas, polując na tygrysy nad Amurem. Raczej nie pojawi się pytanie: skąd on tam właściwie się wziął?

Nie jest to bynajmniej problem czysto hipotetyczny. Badania statystyczne od lat potwierdzają na przykład o wiele mniejszą wiedzę o zbrodni katyńskiej wśród młodzieży wychowanej już po 1989 roku aniżeli w pokoleniu starszym. Do dzisiaj podczas sesji egzaminacyjnych na polskich uczelniach (pokazywano mi odpowiednie egzaminy pisemne) na pytanie: "Co się wydarzyło w 1940 roku w Katyniu?", pada odpowiedź: "Niemcy wymordowali Żydów w komorach gazowych" lub "Sprawa nie jest jeszcze wyjaśniona, Niemcy obwiniają Rosjan, a Rosjanie Niemców o wymordowanie polskich oficerów". A my obrażamy się na Putina za zakłamywanie prawdy o zbrodni katyńskiej...

Uparcie wracam do słów wypowiedzianych przez jednego z mistrzów polskiej historiografii Józefa Szujskiego, który powtarzał maksymę o "fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej polityki". Brak rzetelnej edukacji zwłaszcza o najnowszych (po 1939 r.) dziejach Polski, edukacji w szkole, ale także jednoznacznego przekazu edukacyjnego w mediach publicznych, skutkuje właśnie takimi "odkrywczymi" wypowiedziami na egzaminach. Pojawia się swego rodzaju kołobłęd - o którym w swoim czasie pisał prof. Feliks Koneczny - a więc zamęt, intelektualne zamulenie albo - jak mówi młodzież - wielka ściema.



"Alternatywy 4" wiecznie żywe

Zjawisko to bynajmniej nie ogranicza się do szkolnych czy uczelnianych murów, ale zaraża szerokie kręgi społeczne. Przypominam sobie bliski mi (z racji miejsca zamieszkania) przykład poznański. Przed paroma laty grupa mieszkańców jednej z dzielnic Poznania (Świerczewo) wystąpiła z inicjatywą - wspartą przez lokalny oddział Instytutu Pamięci Narodowej - by zmienić nazwy szeregu ulic w tej dzielnicy, które wciąż, po kilkunastu latach od obalenia reżimu komunistycznego, nosiły nazwiska tych, "którzy kładli fundamenty i podwaliny" (np. Marian Buczek, Hanka Sawicka czy Róża Luksemburg). Ostatecznie Rada Miasta przychyliła się do tego wniosku, ale zanim tak się stało, do rajców trafiła kontrpetycja mieszkańców Świerczewa, którzy nie chcieli zmiany nazw ulic noszących imiona "zasłużonych działaczy ruchu robotniczego". Ten protest wspierany był przez część lokalnych mediów powtarzających gazetowe argumenty w stylu: "są poważniejsze sprawy", "kto za to wszystko zapłaci", "to tylko utrudni ludziom życie".

W Poznaniu się udało, ale przecież w wielu miejscach w Polsce lokalne samorządy wsparte przez "zatroskanych mieszkańców" (jedni i drudzy z wyraźną dominacją "nowej, europejskiej lewicy" z SLD) odmawiają wsparcia dla tego typu inicjatyw dekomunizacji przestrzeni publicznej. Na przykład w 2009 r. w Połczynie Zdroju radni sprzeciwili się wnioskowi IPN domagającemu się usunięcia nazw połczyńskich ulic: Karola Świerczewskiego, Gwardii Ludowej czy 22 Lipca. Dla IPN i dla każdego, kto choć trochę zna najnowsze dzieje Polski, należało tak zrobić, bo z tych nazw "biła propaganda [komunistyczna - G.K.] i pochwała zbrodniczej ideologii", czego - przypomnijmy - zakazuje Konstytucja RP. Dla rajców istotniejsze były "konsultacje społeczne" i "wyraz woli naszych mieszkańców, którym stare nazwy ulic nie przeszkadzają i nie chcą ich zmieniać". Przypomina się scena z filmu "Alternatywy 4" Stanisława Barei, gdy padł wniosek o nadanie tytułowemu osiedlu imienia "sierżanta Kazubka", bo on "utrwalał i kładł podwaliny".



"Drugi Kazimierz Wielki"

A cóż dopiero powiedzieć o rozwiniętym w niektórych regionach kulcie Edwarda Gierka. Dla wielu naszych rodaków - podobnie jak dla jednego z bohaterów filmu Juliusza Machulskiego "Pieniądze to nie wszystko" - "Edward Gierek to drugi Kazimierz Wielki: zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną". Polska epoki Gierka to przecież czasy pierwszych "maluchów", coca-coli w sklepach oraz tak dawno nieoglądanych sukcesów polskich piłkarzy... Nostalgię pogłębiają cowakacyjne powtórki w publicznej telewizji serialu "Czterdziestolatek". Nic dziwnego zatem, że - wedle badań przeprowadzonych przez CBOS w 2001 r. - wśród połowy Polaków rządy Edwarda Gierka budzą przeważnie pozytywne skojarzenia. Z tych nastrojów wyrastają decyzje podejmowane przez samorządy opanowane przez "demokratyczną lewicę", jak np. w 2003 r. we Włocławku, gdzie jedno z rond nazwano właśnie imieniem I sekretarza KC PZPR. Rok wcześniej powstało w Sosnowcu (którego Gierek jest ciągle honorowym obywatelem) "Społeczne Ogólnopolskie Stowarzyszenie im. Edwarda Gierka", które za swój cel postawiło sobie szerzenie jego kultu. W 2008 r. działacze organizacji zgłosili nawet inicjatywę postawienia Gierkowi pomnika w Czumowie nad Bugiem (powiat hrubieszowski).

Oto prawdziwy kołobłęd. Kraj, który pokrywa się pomnikami Jana Pawła II, doczeka się być może (bo "trzeba szanować przejawy autentycznej aktywności lokalnych społeczności") pomnika I sekretarza partii komunistycznej. Bo przecież nie można pokazywać biografii Edwarda Gierka w sposób "jednostronny" i "kontrowersyjny". Wyobraźmy sobie, że telewizja wyemitowałaby w poniedziałek o godz. 20.15 film dokumentalny przypominający nie tylko o "maluchach" i coca-coli w sklepach, ale także o namiętnych całusach z Breżniewem, wazeliniarstwie wobec sowieckiego genseka posunięte do granic ostateczności (szarganie Orderu Virtuti Militari czy też słynne poprawki do Konstytucji PRL wpisujące jako normę konstytucyjną "sojusz z bratnią Armią Czerwoną"), "ścieżkach zdrowia" i działaniach "nieznanych sprawców" (chociażby sprawa Stanisława Pyjasa) - ileż byłoby protestów SLD i głosów "zatroskanych" komentatorów przestrzegających przed "wchodzeniem na ścieżkę nienawiści i zacietrzewienia", bo przecież "PRL - to my wszyscy".
Otóż, nie wszyscy. Z pewnością nie ci, których (także w czasach Gierka) pozbawiano możliwości zasłużonego awansu zawodowego, bo nie zapisali się do PZPR, nie obywatele drugiej kategorii zamknięci przez władze PRL w "katolickim getcie" (słowa Jana Pawła II z pielgrzymki do Polski w 1991 roku). A z pewnością nie pokolenie urodzonych po 1989 roku, którym należy się - powtórzę - rzetelna historyczna edukacja, która musi być jednostronna, ponieważ w kontekście: PRL czy niepodległość, komunistyczny totalitaryzm czy wolność, prawda była po jednej stronie.



Peryferyjne rozumienie historii

Problem polega jednak nie tylko na niedostatkach edukacyjnych, na groźbie kolejnych "reform edukacji" ograbiających uczniów z możliwości poznania kanonu polskiej literatury i historii, ale na woli. Po 1989 r. dla twórców "demokracji peryferii" nad Wisłą obowiązującą wykładnią było z jednej strony przestrzeganie przed "odradzającym się polskim nacjonalizmem", a z drugiej - reklamowanie tzw. krytycznego spojrzenia na historię Polski, dlatego w imię tych gazetowych prawd z okazji 50-lecia Powstania Warszawskiego publikowano teksty o rzekomych pogromach antyżydowskich dokonywanych przez żołnierzy Powstania.
Do tego przekazu dochodziło wmawianie, że we współczesnym świecie "nikt już nie przejmuje się historią", bo przecież Francis Fukuyama autorytatywnie ogłosił "koniec historii", i tego należy się trzymać. Jest to przykład typowo peryferyjnego myślenia, bo trzeba być zupełnie odciętym od świata, by nie wiedzieć, jak bardzo historia [czyt. jej interpretacja] jest ważna w Niemczech i Rosji, na Bliskim Wschodzie czy dla Turków i Ormian.

Charakterystyczne są wreszcie ataki na IPN - instytucję, która od kilku lat na serio realizuje swoje cele statutowe, a więc m.in. zajmuje się edukacją społeczeństwa w zakresie najnowszych dziejów Polski. Te działania obejmują nie tylko dziesiątki publikacji dotyczących XX-wiecznej historii Polski (wbrew tym, którzy w ramach propagandy wmawiają, że IPN to przede wszystkim "lustracyjna obsesja"), lecz także wspieranie wymienionych wyżej inicjatyw dekomunizacji publicznej przestrzeni. Przy tej okazji IPN wielokrotnie spotykał się z gazetowymi argumentami, że "mści się na zmarłych" i "zmusza ludzi do ponoszenia dodatkowych kosztów wymiany dowodów osobistych". Historia jest jednak ważna - daje poczucie ciągłości, uczy życia i prawdziwej, niezakłamanej polityki. Jak dowodzi przykład Muzeum Powstania Warszawskiego, można zainteresować dziesiątki tysięcy młodych ludzi i w sposób ciekawy przekazać nie tylko fakty, ale także opowiedzieć o cenie, jaką płaci się za wolność. Ileż tutaj możliwości, ile filmów do zrealizowania i książek do napisania...
Pewien mój kolega archeolog, przemierzając w latach 80. ubiegłego wieku Kujawy, natknął się w jednej z tamtejszych miejscowości na obelisk wzniesiony w 1966 r. przez szczególnie gorliwego kacyka partyjnego szczebla powiatowego. Na kamiennym słupie przymocowana była tablica (widziałem fotografię) z napisem: "Wzniesiono w 1966 roku z okazji tysiąclecia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej". Nie wiem, czy kamień z tablicą dalej istnieją, ale wygląda na to, że potrzeba jeszcze mnóstwo pracy, by pozbawić PRL szans na tak długie trwanie.



Prof. Grzegorz Kucharczyk, Nasz Dziennik, 2010-02-21



Autor: Piotr Dudała | 19/03/2010
Komentarze
#1 | @stefan dnia 22.03.2010 09:31
ja też tak myślę, jest to anchronizm i obciach!
#2 | stefan dnia 22.03.2010 08:37
ludzie, przestańcie już wspominać Gierka bo to wstyt przed całą Polską! Niech on będzie tam gdzie zawsze było i jest jego miejsce!!!
Przestańcie go wspominać, bo czas o nim zapomnieć!!!
Epoka jego i jego syna już dawno minęła!!!
#3 | OSTROWIAK dnia 22.03.2010 01:33
Ciekaw jestem kto nadal temu profesorkowi tytul?
#4 | Pytajnik dnia 21.03.2010 12:25
Przecież piszę rzeczy oparte na faktach, a nie zmyślone...
#5 | anonim dnia 21.03.2010 12:17
co chcesz możesz pisać na faktach!
#6 | Pytajnik dnia 21.03.2010 12:13
Co napiszę, to mi tutejsza cenzura wyrzuca. Nic dziwnego, przecież urząd Cenzora wymyślili papieże, czerwoni ten pomysł podjęli, a ludzie PO kontynuują owe dzieło.
#7 | Upadek Edwarda Gierka dnia 21.03.2010 08:26
Wraz z kryzysem gospodarczym i postępującym niezadowoleniem społecznym wzrastała także arogancja i megalomania władzy. Ekipa Edwarda Gierka wykonywała coraz więcej symbolicznych gestów w stosunku do Związku Radzieckiego. Gdy pojawił się pomysł ustanowienia instytucji prezydenta PRL, by wzmocnić pozycję Edwarda Gierka na arenie międzynarodowej, do planowanych zmian w konstytucji dopisano "wieczysty sojusz ze Związkiem Radzieckim", wzmocnioną pozycję PZPR i "socjalistyczny charakter polskiej państwowości". Ostatecznie zrezygnowano z instytucji prezydenta, ale pozostałe zmiany do konstytucji wpisano. To wydarzenie oraz częste, pełne poddaństwa gesty w stosunku do władz Związku Radzieckiego, przyczyniły się do mobilizacji opozycji. Po wprowadzeniu zmian w konstytucji Edward Lipiński wraz z grupą opozycjonistów wystosował protest, znany jako list 59 (od pierwotnej liczby sygnatariuszy). Po Wydarzeniach Czerwcowych, zinstytucjonalizowaną i jawną opozycją stał się Komitet Obrony Robotników (KOR). Działalność opozycji ułatwiały przyjęte przez Polskę zobowiązania Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (Helsinki, 1975), które potwierdzały obowiązywanie podstawowych praw człowieka we wszystkich państwach kontynentu. Postulaty pełnej suwerenności wzrosły po wizycie papieża Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku.

Ostatecznie Edward Gierek musiał ustąpić ze stanowiska I Sekretarza PZPR na skutek strajków podjętych w 1980 roku na Wybrzeżu, które zakończyły się podpisaniem Porozumień Sierpniowych i powstaniem Solidarności. Jego następcą został Stanisław Kania, który funkcję szefa partii komunistycznej pełnił ponad rok, ustępując Wojciechowi Jaruzelskiemu. W okresie stanu wojennego i w latach osiemdziesiątych XX wieku Edwarda Gierka dosięgły represje ze strony jego następców, był internowany, pozbawiony emerytury. Zarzucano mu przyczynienie się do katastrofy gospodarczej Polski. Zmarł w 2001 roku.

Dla wielu Polaków dekada Gierka jest wspomnieniem względnie dostatniej młodości, szybkiego wzrostu poziomu życia i modernizacji kraju, których symbolem stały się samochód "maluch", mieszkanie kwaterunkowe w bloku i wczasy w Bułgarii. Z drugiej strony, pobudzanie niewydolnej komunistycznej gospodarki za pomocą kredytów przyniosło katastrofalne sutki, a wysoki poziom życia okazał się ułudą, o czym bardzo boleśnie przekonali się Polacy w latach osiemdziesiątych. Część kredytów z dekady Gierka pozostaje niespłacona do dziś.

#8 | anonim dnia 20.03.2010 20:51
czas odciąć tę komunistczną pępowinę!
#9 | !!!!!!!!! dnia 20.03.2010 20:36
Pewnie trwać będzie we łbach pra pra pra... wnuków Pisalskiego i Adamca, ale my już ich eliminujemy z życia politycznego Sosnowca!
#10 | Humorysta dnia 20.03.2010 14:02
Humor, satyra dla idyotów
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.